Przejdź do zawartości

Perfekcja albo nic

Z wiekiem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nigdy nie będę idealny w tym, co chciałbym w życiu robić. Żadna inna myśl nie napełnia mego serca większym przerażeniem.

Inspiracji do napisania notki dostarczył zwierz.

Gdybym stworzył piramidę Masłowa moich strachów i fobii szczyt, albo przynajmniej ostatnie piętra, zajmowałaby obawa, że kiedyś moja twórczość trafi do analizatorni. Że bloger, recenzent czy, uchowaj Cthulhu, inny twórca z odpowiednio dużym dorobkiem weźmie na warsztat efekt dziesiątek, jeśli nie setek godzin pracy i rozbierając go kawałek po kawałku przed licznym gronem komcionautów udowodni, że jest beznadziejne. Bo zdania zbyt rozbudowane, bo postacie papierowe, bo opowieść się nie klei i on ma na to wszystko dowody. Nie będzie istotny wkład pracy ani opinia wielu osób, według których wszystko jest w najlepszym porządku, może nawet świetne. On jeden będzie miał w mych oczach rację, bo wytknął – na dokładkę złośliwie, co zaboli podwójnie – niedoskonałości mojego magnum opus. Dzieła w zamierzeniu idealnego, które według mnie okazało się jakościowo niewiele lepsze od pierwszej Achai.

Lubię nazywać i traktować perfekcjonizm jako chorobę, czyniącą życie trudniejszym na podobieństwo raka czy innej białaczki. Gdyby był grypą, prawdopodobnie pozbyłbym się go lata temu, może zaszczepił, dbał o siebie i żył sobie w spokoju i beztrosce. Ale na niego, przynajmniej na moją odmianę, nie ma lekarstwa. Najwyżej środki ograniczające w stylu skromnych sukcesów i poklepywania po plecach, spychające go gdzieś na skraj świadomości, gdzie czeka na dogodną okazję do ataku. Pojawiającą się zazwyczaj szybciej niż później, gdyż choroba to wielce złośliwa i łatwo uodparniająca się na medykamenty, nawet te najsilniejsze.

Pisząc ten tekst skasowałem pierwszą wersję wstępu, bo w moim odczuciu była taka sobie. Tylko jedną, ale nierzadko zdarza mi się skreślić również drugą, trzecią i dalsze. Czasem też zatrzymuję się, co by poprawić jakieś zdanko czy wstawić brakujący przecinek. To są objawy stosunkowo lekkie. Czasochłonne, wydłużające pracę, ale niezagrażające życiu. Może się jednak zdarzyć, że utknę. Zdanie będzie dla mnie za długie albo za krótkie, przesadnie rozbudowane albo za proste i będę przy nim siedział i poprawiał, przepisywał, wreszcie porównywał z sąsiadem. Jego też za kark wezmę, wraz z resztą akapitu. Kwadrans, pół godziny, godzina zleci, a ja dalej będę stukał w klawiaturę z poczuciem, że wciąż coś jest nie tak, że gdzieś w tym wszystkim tkwi błąd. Może w samych założeniach tekstu? Może wcześniejszym kawałku, który wymusił kiepski kształt następnego? A może czas na powrót do wstępu, trzeci raz tego wieczora i ponowną lekturę całości? I tak sobie będę krążył po słowach i literkach, póki nie zastanie mnie noc albo nie rzucę wszystkiego w diabły.

Perfekcjonizm grafika przedstawiająca zachwyconego mężczyznę. W wysoko uniesionej dłoni trzyma kartkę papieru. Według podpisu pod obrazkiem mężczyzna po trzech miesiącach skończył pierwszy wiersz tekstu swojej powieści. Jest zachwycony, że mimo zużytego czasu napisał najwspanialszą linię tekstu w dziejach i pyta ukochaną, czy chce ją poznać

W piękny ranek majowy smukła amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego”, pisze Joseph Grand, jeden z bohaterów Dżumy Alberta Camusa i aż do ostatniej strony nie wyjdzie poza to zdanie, codziennie coś w nim zmieniając i poprawiając. Jego perfekcjonizm jest jeszcze gorszy od mojego, czego dowodem jest chociażby istnienie właśnie czytanego przez Was tekstu. Ale i mi zdarzyć się może dzień, w którym usiądę z myślą „ok, to będzie wyglądało tak…”, ale nie ruszę się o krok dalej. Poza szkic, pomysł, pierwszą scenę. Bo już na tym etapie nie są tak dobre, jak bym tego chciał i sama świadomość tego faktu nie pozwala mi ruszyć się nawet o milimetr do przodu. Ładne z tego pętle wychodzą, gdy od, dajmy na to, trzeciego akapitu przeskakuję do pierwszego, coś tam poprawię, czytam, znów się wracam, znów coś poprawiam. Pomyślcie o takiej Nawałnicy Mieczy i wyobraźcie sobie, że Martin średnio co trzy dni czyta całość. Tu słowo dopisze, tam coś wytnie, jakiś dialog lekko rozbuduje, dopisze szczegół, do którego czytelnicy z pewnością by się doczepili i od nowa. Ad mortum defecatum, o ile wcześniej litościwy redaktor nie puknie go czymś ciężkim w łeb.

Gorzej, kiedy mój umysł zasygnalizuje istnienie błędu z daleka od komputera, ewentualnie notesu i długopisu. Świadomość, że wiem, co jest nie tak, palcem nawet mogę wskazać stronę i akapit, ale nie jestem w stanie natychmiast teraz zaraz tego poprawić jest w najlepszym razie męczące, przybierając na sile z każdym błędem. Z czego dwadzieścia małych jest jeszcze do przeżycia, ale jeden duży, fundamentalny wręcz? Ok, 99% odbiorców nie dostrzeże, tylko przeczyta i ruszy dalej, ale jest jeszcze ten 1%, co to się nad każdą bzdurą pochyli. Sam znam takich, zbyt wielu niestety. I oni mają dostać moją pracę w swoje złośliwe łapki i ją skrytykować w swoim zakątku internetów? Zawał murowany. A zaraz potem drugi, jeśli błąd wynikł z mojego przeoczenia. Które każdemu się może zdarzyć, ale nie mi, osobie studiującej swoje prace po siedem razy w poszukiwaniu najskromniejszych nawet chwastów. I na co ta cała mrówcza robota, skoro i tak coś się zawsze przemknie?

Perfekcjonizm, grafika przedstawiająca starszego mężczyznę ze szkłem powiększającym i nożyczkami, z wielką uwagą i skupieniem przycinającego rosnące przed jego domem źdźbła trawy
Wciąż niedokładnie, bo każde źdźbło rośnie w inną stronę.

Ale nie chodzi tylko o to, że mnie sumienie zje za niedbałość, nawet niezawinioną. Ludzie tacy jak ja zwyczajnie nie są w stanie obiektywnie ocenić swej pracy. Ok, większość społeczeństwa nie umie, ale tylko my wcieliwszy się w rolę Michała Anioła malującego fresk w Kaplicy Sykstyńskiej będziemy twierdzić, że można lepiej. Że miało być lepiej. Że będzie lepiej, tylko dajcie mi kilka dni, zaraz się wszystkim zajmę; i tak co miesiąc, co rok, aż mecenas zacznie podejrzewać, że sobie z nim pogrywamy. Co objawia się również atakiem głuchoty w razie pojawienia się pochwał, nawet najlepiej uzasadnionych i obniżaniu wartości własnej pracy, Gryffindor traci punkt za każdą dostrzeżoną pierdołę. Jako autor jestem bowiem w stanie wskazać wszystko, co w moim dziele jest złe i podważyć dowolny argument „za”. Z kolei na pytanie „ok, dlaczego zatem tego nie dopracowałeś?” odpowiedź będzie tylko jedna. „Bo nigdy bym nie skończył”. Pisałbym, poprawiał, znów pisał i znów poprawiał, aż do osiągnięcia mitycznego poziomu jakości. Ustawionego tak wysoko, że i tak go nie sięgnę. Pogoń za króliczkiem, gdy ten ma dwa kontynenty przewagi. Mogę albo biec ze świadomością porażki, albo zadowolić się kawałkiem futra, które utracił gdzieś po drodze.

Przyczyny tego stanu rzeczy są całkiem łatwe do wyjaśnienia bez potrzeby oglądania się na psychologię czy neurobiologię. Żyję w świecie, gdzie każda osoba jest w stanie stworzyć bestseller i pokazać go milionom ludzi. Gdzie listy znanych i cenionych autorów pęcznieją z roku na rok. To nie jest nawet jeden procent populacji, ale wciąż olbrzymia grupa, do której ciężko się dostać. Jak można bowiem konkurować z Glenem Cookiem, Robertem Martinem, Andrzejem Sapkowskim, Robertem Wegnerem, Stephenem Kingiem? A trzeba, bo przecie jak spadać, to z wysokiego konia i mierzyć jak najwyżej, do gwiazd i dalej, a w takim wypadku nie można stworzyć byle czego. Debiut musi być perfekcyjny, musi trafić do szerszej świadomości, musi się dobrze przyjąć i sprzedać. „Dlaczego mam czytać twojego bloga, jeśli jest przeciętny?”, spytała bodaj Tattwa. „Dlaczego marnować życie na średniaków?”, dodał ktoś inny. Ano właśnie, dlaczego? Coś dobrego, mocnego, chwytającego za serce, naj naj naj. Perfekcyjnego. Inaczej utonie w morzu jemu podobnych, nijakich rzeczy. Każdy lider opinii to powie, a liczne grono klakierów oraz osób wybrednych natychmiast przytaknie. Co ma sens obiektywnie, w świecie, gdzie 90% wszystkiego to gówno, ale automatycznie skreśla osoby takie jak ja, które przecież do tej perfekcji nigdy nie dojdą. Bo nie potrafią, albo nie wierzą, że potrafią, preferując rzucenie ręcznika jeszcze przed walką, miast stopniowego szlifowania umiejętności wraz z każdym pojedynkiem. Dla świętego spokoju i obrony przed wyśmianiem. Do którego z pewnością dojdzie, bo przecież stworzyłem byle co, a stać mnie na więcej.

Perfekcjonizm grafika przedstawiająca trzy kwadraty. Pierwszy posiada zielone tło i wpisane w niego słowo "sukces", ostatni zielone tło i słowo "porażka", a środkowy żółte tło i przekreślone słowo "wystarczająco", nad którym dopisano na czerwono "porażka'. Pod grafiką znajduje się napis "Przewodnik po wynikach dla perfekcjonistów"
Perfekcjonizm w pigułce.

I zanim ktoś mi wysunie przykłady obiektywnie złej literatury zarabiającej miliony – tutaj w grę wchodzi też ambicja i dobre samopoczucie. Mogę spać na plikach studolarówek, ale jeśli te pliki pochodzą z ekranizacji powszechnie wyśmiewanej powieści, to leżenie na nich przestaje być takie wygodne. Plus kto chciałby zostać zapamiętany jako bogaty grafoman, którego twórczość przykryją mroki historii ledwo kilka pokoleń po jego śmierci? Albo nawet jeszcze za życia, bo tak też się może zdarzyć?

Oczywiście można powiedzieć, że skoro pierwszym krokiem do wyleczenia jest poznanie choroby, a ja swoją znam, to powinienem łatwo z nią wygrać, prawda? Niby tak, ostatecznie jakiś czas temu przekroczyłem setkę wpisów, chociaż wszystkie dałoby się w ten czy inny sposób poprawić. Ale blog to trochę inna para kaloszy. Rzecz w miarę sprawdzona, oswajana przeze mnie od ponad roku (jak nie półtora), obserwowana przez powolutku rosnącą grupkę osób. Co innego jednak notki, w tym te przepisywane po osiem razy i ostatecznie porzucane na pastwę czasu i historii, a co innego zupełnie nowa działalność. Rysunek dajmy na to, na temat którego wiem znacznie mniej i ciągle nawiedza mnie poczucie, że ominąłem jakiś ważny tutorial albo złamałem regułę. Których w sztuce ponoć nie ma, ale żeby do tego dojść trzeba je wpierw poznać, jak ten Dali albo inni malarze ostatnich dwóch wieków. Co więcej, zawsze za rogiem czai się jeden z tych krytyków gotowych porównywać prace sześciolatki i Rembrandta, nawet jeśli na dowolnym poziomie logiki nie ma to żadnego sensu. A że jestem gorącym zwolennikiem masowego konsumowania (pop)kultury, to regularnie dołuję się przez obcowanie z dziełami lepszych ode mnie, lista obserwowanych na Deviantarcie świadkiem.

Z tych to powodów – i wielu innych, ale tekst przekroczył już 1500 słów – nie idźcie moją drogą. Jest długa, kamienista i za dużo tu kruków latających po zachmurzonym niebie.

O moim schorzeniu można pogadać również tutaj.

PS: Pierwotnie tytuł miał brzmieć „Perfekcja albo śmierć”. Która wersja lepsza, to pozostawiam Waszej ocenie.