Przejdź do zawartości

Piąte urodziny bloga

Reading Time: 4 minutes

Wciąż żyjącego. Rzadko i ze sporymi przerwami, ale jednak. W przeciwieństwie do większości jego kolegów po fachu.

Z blogów, które czytałem pięć lat temu, do dziś przetrwała garstka. Ich autorzy zamienili pisanie w pracę i / lub jeszcze się nie wypalili. Pojedyncze sztuki spoczywają w letargu, budząc się raz na zaćmienie księżyca. Reszta? Skasowana, porzucona, zapomniana, podobnie jak ich fejsowe fanpejdże i konta na ćwierkaczu. Istniejące tylko dlatego, że nikomu nie chciało się ich pozbyć, wciąż obserwowane przez dziesiątki, nawet setki ludzi, którzy pewnie nie pamiętają kiedy i dlaczego dali im po łapce w górę.

Z ocalałych nie czytam już żadnego. Powody różne, ale najważniejszym jest czas. Nie jego brak, ale pomysły na jego wykorzystanie. Kwadrans poświęcony na czytanie recenzji ostatniego filmu Marvela1 to kwadrans, który mógłbym zainwestować w coś własnego. Na przykład napisanie paru linijek kodu. Pięć lat temu byłem w stanie ledwo ledwo złożyć żałośnie kiepską stronę internetową. Dziś w kilka tygodni mogę stworzyć coś, co ma szansę trafić do tysięcy, może nawet milionów ludzi za pośrednictwem dziesiątek kanałów (sklepy Gugla i Apfla, Steam, GOG, itch.io). To całkiem inny poziom mocy sprawczej, na którym człowiek wybierając cyfrowy notes poważnie zastanawia się nad napisaniem swojego, pod jego konkretne potrzeby, z frontem, serwerem i masą świecidełek. Albo takiej gry, w którą sam zawsze chciał zagrać. Bo może.

O bloga zresztą trzeba też dbać. Pilnować wersji silnika, co by wirusów nie nałapać, naprawiać zepsute linki, podmieniać niedziałające grafiki i pilnować ich alternatywnych tytułów. Accesibility i podobne. A że perfekcjonizm2 trudno jest wyplenić, to się spędzało ileś godzin przy czynnościach, które i tak należało regularnie powtarzać. Tylko jaki sens po raz kolejny szukać alternatywnego linka do tekstu na czyimś blogu, jeśli tego blogaska już nie ma? Po co łamać głowę nad znikniętym tekstem na serwisie X, skoro sam serwis zdaje się nie interesować jego nieobecnością? Czy ludzie faktycznie czytają starsze wpisy i widzą, że nie ma w nich screenów, czy też poza botami nikt tam nie zagląda?

Ponieważ sami powiedzcie, jak często czytacie archiwalia jakiegoś bloga? Mi się zdarzało, ale dawno przestałem i podejrzewam, że nie jestem w tym osamotniony. Teksty się dezaktualizują 3, na jaw wychodzą ich niedostatki. Po jakimś czasie nie ma sensu do nich wracać, a to podważa sens ich gromadzenia4. Myśli można przekazywać na Fejsie, dwa do trzech krótkich paragrafów dziennie, bez utraty wartości i ślęczenia godzinami nad poprawkami. W obu przypadkach ludzie przeczytają i pójdą dalej zajmować swoim życiem, więc po co przepłacać?5 Bo na blogu można szerzej i dokładniej? Ile osób te szersze i dokładniejsze wyjaśnienia przeczyta, zrozumie i właściwie skomentuje, a ile skupi się na wybranym fragmencie? Bo na blogu jest i zawsze będzie moje? Starczy, że usługa przestanie działać / baza padnie / domena wygaśnie / serwerownię zaleje i tyle z tego będzie. A jak przetrwa, to co z tym się zrobi? Wyda na papierze? A może zostawi, wróci pamięcią za 20 lat, westchnie do starych, dobrych czasów i tyla?

Do pisania bloga przydałyby się też chęci, a tych u mnie ostatnio niewiele. Współczesna (pop)kultura skutecznie mnie od pisania odpycha, obojętnie czy mówimy o jej korporacyjnej, czy fanowskiej stronie. Pierwsza odrzuca mnie chamskimi praktykami biznesowymi, żerowaniem na klienteli oraz udawaniem, że wszystko jest w porządku i tak trzeba6. O grzechach drugiej mógłbym napisać książkę, i to obojętnie czy mówimy o komiksiarzach, graczach, weebach czy fanach Pottera. Fandom serialu promującego miłość i tolerancję doprowadza fanartystkę do próby samobójczej, ponieważ ta ośmieliła się odchudzić kanonicznie dużą postać. Gdzie tu sens? I czy moją reakcją na takie rewelacje powinno być „dzień jak co dzień w internetach”?

Jednak kroplą, która przegięła pałę goryczy prawdopodobnie były reakcje na The Last Jedi w ogólności, a fanedit w szczególności. Trollerski fanedit, warto dodać, który większość prasy i fanów łyknęła jak młode pelikany, traktując jako Bardzo Ważną Rzecz Doskonale Ilustrującą Wszystko Co Złe We Współczesnym Świecie. Tuż po Pierwszej I Najważniejszej Rzeczy, jaką są Stare Warsy jako takie, ich Kanon, Bohaterowie, Przesłanie i co tam jeszcze chcecie. Porównywanie treści filmu ze współczesną sytuacją polityczną, darcia szat nad zmianami bądź ich brakiem, kłótnie wokół postaci Holdo 7, „hejterzy” rzucający gównem w „fanbojów” i vice versa. Dlaczego? Przez coś tak nieistotnego, jak Star Wars. Może bycie emigrantem wewnętrznym odbiera mi prawo do oceniania kogokolwiek, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zaczęliśmy traktować naszą rozrywkę zdecydowanie zbyt poważnie. Może to pokłosie (głupiego) podejścia „everything is political”? Nie wiem, co też przekłada się na niepisanie. Nie widzą mi się wpisy składające się w większej części ze znaków zapytania.

I rzecz chyba najważniejsza – nie czuję, żebym potrafił pisać. Albo nigdy nie potrafiłem, tylko wmawiałem sobie, że jest inaczej8, albo jestem w najgłębszym dołku na wykresie efektu Dunninga-Krugera. W obu przypadkach nie widzę siebie w roli stukacza literek. Nie kiedy projektowanie cyfrowych narzędzi sprawia mi zdecydowanie więcej przyjemności. Może będzie jak z Poniaczami, z których zrezygnowałem po latach szczerego interesowania się, albo przyjdzie taki dzień, gdy pełen zapału wróce do tematu. Dunno. Inna rzecz, że taka Meyer też nie potrafi pisać, a stworzyła kulturowy fenomen9, więc może jeszcze jest dla mnie nadzieja.

Całe to marudzenie nie zmienia faktu, że dziś mija pięć lat od czasu założenia tego bloga. Aktualizowanego rzadko, od wieków niemodernizowanego, ale wciąż istniejącego. Na tle reszty moich projektów jest to coś, a nawet Coś. Dzięki wszystkim, którzy wciąż tu są i może do przeczytania za rok.