Przejdź do zawartości

Piractwo z przymusu

We wpisie na temat anime Overlord napomknąłem o chęci sprawdzenia materiału źródłowego. Krótki risercz uświadomił mi, że mogłem zrobić to na dwa sposoby – nielegalnie, za darmo i od ręki albo legalnie, drogo i z kilkuletnim opóźnieniem.

Sytuacja z light novel wygląda bowiem tak, że po czterech latach od premiery na rynku japońskim dostępnych jest dziesięć tomów. Z tej dziesiątki dwa pierwsze doczekają się wydania na zachodzie w maju i wrześniu tego roku. Zakładając tempo trzech tłumaczeń na rok i biorąc pod uwagę, że opowieść na bank się jeszcze rozrośnie, wydawnictwo Yen On powinno dogonić materiał źródłowy w roku 2020. Wydawnictwo hamerykańskie, dodajmy na wypadek wszelki, bo na dowolne polskie raczej nie ma co liczyć. Chcąc więc być dobrym i wspierającym twórców fanem mogę co pół roku kupować kolejne tomy, dostępne w cenie około 15 dolarów od ebooka, zaczekać cztery lata i kupić wszystkie za jednym zamachem albo zacząć się uczyć japońskiego, co czasowo i finansowo da ten sam efekt.

Mogę również zamknąć sumienie w piwnicy i sięgnąć po fanowskie tłumaczenia. Poprawione przez redaktorów, klepnięte przez betatesterów, ładnie sformatowane, ilustrowane oraz dostępne od ręki w dziesiątkach miejsc w internetach za 0 złotych 0 groszy minus VAT. Żadna z tych opcji nie jest dla mnie szczególnie zachęcająca, a szczególnie ostatnia, gdyż jak rzadko kiedy miałem ochotę opróżnić portfel. Nie spodziewałem się tylko, że będzie to równie kłopotliwe co w przypadku starych gier wideo.

Towar czasowo niedostępny

Gracze, głównie ci wychowani w latach 90 zeszłego i początkach obecnego wieku, z pewnością kojarzą termin abandonware. Według definicji jest to oprogramowanie niewspierane i niesprzedawane przez twórców albo właścicieli majątkowych praw autorskich, niedostępne poza rynkiem wtórnym o dowolnym stopniu legalności. Zanim w 2008 GOG postanowił zagospodarować tę niszę – o czym świadczy zresztą stara nazwa firmy, Good Old Games – abandonware można było dostać jedynie na serwisach pokroju eBay i Allegro, specjalistycznych stronach w stylu Home of the Underdogs albo Abandonia, bądź w sieciach P2P takich jak Kazaa, eDonkey i ostatecznie torrenty. Gdy dostęp do wielu oryginalnych dyskietek i płyt był i nierzadko wciąż jest utrudniony, a dla wielu wręcz niemożliwy, jedyną drogą okazuje się piractwo. Niektórzy wymieniają to nawet jako zaletę całego procederu, argumentując, że dzięki nielegalnym kopiom udało się zachować spory kawałek historii medium, który w innej sytuacji przepadłby w przepastnych archiwach zafiksowanych na nowościach korporacji.

Różnice między zbyt wolno tłumaczoną light novel a grami abandonware są na tyle duże, że ustawianie ich obok siebie jest z mej strony kapkę nieuczciwe. Zrobiłem to jednak, gdyż obie te rzeczy łączy jedna cecha – ograniczony dostęp zachęcający (zmuszający?) do piracenia. Wybór jest bowiem prosty: albo kilku(nasto?)letnie oczekiwanie na legalną i prawdopodobnie trudnodostępną w mojej części świata wersję produktu, albo dostępna od ręki wersja nielegalna. Inwestycja czasowo-pieniężna połączona z ryzykiem porzucenia jej gdzieś po drodze przez wydawcę bądź klienta, albo natychmiastowy dostęp do obiektu westchnień, za friko i za pośrednictwem jedynie kilku kliknięć. Dokładnie jak ze starociami pokroju Beasts and Bumpkins czy Cavewars, które czort wie, czy i kiedy pojawią się na GoGu.

Istnieje również trzecia droga, jaką jest spiracenie teraz i kupno później, gdy produkt będzie dostępny w legalnym obiegu. Plan to niegłupi, ale pozbawiony gwarancji stuprocentowego sukcesu. Czy po latach wciąż będę pamiętał o tej jednej grze albo książce, którą obiecałem sobie kiedyś kupić? Czy wciąż będzie mnie na nią stać? Czy po drodze nie dojdzie do jakichś zawirowań prawno-biznesowych, które zmuszą wydawcę do rezygnacji z dystrybucji, którą nie wiadomo, czy ktoś inny pociągnie dalej? Żyję w świecie, gdzie gra wideo może być przez długie lata niedostępna w cyfrowej dystrybucji z powodu wygaśnięcia licencji na jedną piosenkę, a z powodu niskiej sprzedaży miesięczniki z komiksami przekształcają się w periodyki „będzie, gdy będzie” (hej, Fantasy Komiks!). Kto da mi gwarancję, że podobna sytuacja nie zdarzy się w przypadku obiektu mych westchnień, zostawiając mnie na czas nieokreślony z niepełną kolekcją? Moja zwichrowana psychika mogłaby tego nie znieść.

Meanwhile, in the middle of nowhere

Do wstąpienia na drogę zbrodni zachęca mnie również traktowanie jak klienta drugiej kategorii. Europa nie jest i prawdopodobnie nigdy nie będzie docelowym rynkiem dla japońskiej (pop)kultury, w przeciwieństwie do wielkiego i zamożnego USA. Stąd serwisy oferujące legalny streaming albo ograniczają mi dostęp do swoich bibliotek, albo na wejściu stwierdzają, że lokal zamknięty i mam iść gdzie indziej, a najlepiej to przeprowadzić się do Stanów. W takiej sytuacji mogę albo obejść się smakiem, skorzystać z potęgi serwerów proxy,  szarpnąć się na import Blurejów zza morza (ceny w dolarach, wysokie koszta transportu, okres oczekiwania liczony w tygodniach. 13 odcinków serialu nierzadko bywa droższych od kolekcjonerskiego wydania gry wideo z segmentu AAA), albo odmaszerować prosto na torrenty. Gdy z pomocą paru kliknięć mogę kupić grę na Steamie, komiks na Comixology czy książkę na Amazonie i zabrać się za nie praktycznie z miejsca, konieczność oszukiwania systemu albo opróżnienia konta dla jednego filmu albo sezonu serialu jest… niezachęcająca, by użyć delikatnych słów. Nie do tego przyzwyczaiło mnie Spotify i podobne usługi.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to żadne usprawiedliwienie i jeśli faktycznie na czymś mi zależy, to powinienem być gotów na poświęcenia. Jeśli zaś żal mi kasy, to w kolejce czekają tysiące innych rzeczy domagających się mojej uwagi. Prawda to, chociaż zalatująca argumentem „jak nie chcesz mieć dzieci, to nie uprawiaj seksu” oraz pomijająca istotny szczegół – żadna z tych tysięcy innych rzeczy nie jest tym konkretnym produktem. Nie ma tych postaci, tej fabuły, tego stylu opowiadania historii albo tej estetyki, na których w danej chwili mi zależy. W strzelankach, animcach o uwiezieniu w MMO czy heroicznych, wielotomowych fantaziakach mogę przebierać jak w ubraniach w dowolnym centrum handlowym. W grach o byciu złym – jak również light novel o byciu złym – nie, gdyż stanowią niszę. Rezygnacja z jednego jej przedstawiciela nierzadko oznacza rezygnację z całego segmentu rynku. Na świecie jest zbyt mało symulatorów zarządzania sklepem w stylu Recettear, żeby wybrzydzanie miało sens.

Ustalmy zresztą jedną rzecz – wybór między cenami liczonymi w setkach złotych oraz obejściem się smakiem to żaden wybór. Nie w dobie codziennych przecen na gry wideo, legalnego dostępu do setek tysięcy utworów muzycznych czy abonamentów w stylu „płać i korzystaj, ile wlezie”. Tak, rozpuściły mnie lepiej przystosowane rynki, które z wielką radością przyjmą moje pieniądze, nie narzucą gargantuicznych cen i nie będą robić problemów z powodu okupowania takiej, a nie innej lokacji na mapie świata. Książki nie są produktem pierwszej potrzeby, to prawda, ale nie są też dobrem luksusowym, żeby wykrwawiać się nad każdą sztuką, nie ważne, czy mówimy o papierze, czy ebookach.

Zatoka na horyzoncie!

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę nałożyć przepaski na oko ani tym bardziej zachęcić kogokolwiek do zrobienia tego. Nie po to zarabiam, by nie wydawać nadmiaru kasy na zabawki. Po prostu chciałem dać znać światu, że czasem zwyczajnie nie da się inaczej. Że albo wstąpię na drogę zła i występku, albo zostanie mi tylko zrezygnowanie z danego tytułu, gdyż na inne drogi nie mam ani czasu, ani zasobów. Czy czyni to ze mnie złego człowieka? Do pewnego stopnia na pewno. Czy dużo mówi o moich priorytetach życiowych? Jak najbardziej. Sęk w tym, że ja bardzo chętnie zapłaciłbym za mnóstwo rzeczy, gdyby tylko były dostępne w sposób nieurągający rozumowi i godności człowieka, tak jak gracze Nostalriusa chętnie obrzuciliby Blizzard pieniędzmi za możliwość grania na vanilla serwerach World of Warcraft.

A zbiór rzeczy, na które gotów byłbym wydać zgromadzone PLNy jest całkiem spory. Znajdują się w nim chociażby soundtracki do starszych gier spod szyldu Warhammera 40K, póki co dostępne na GoGu, ale nie wszystkie i zawsze w pakiecie z grami. Albo muzyka z animców bez konieczności mordowania portfela na importowane blureje. Albo mangi będące w miarę na bieżąco z ich oryginalnymi wydaniami. Albo niemal zapomniane gry wideo w rodzaju Blood & Magic albo War Wind. Albo light novel na podstawie trzynastoodcinkowej reklamy. To nie muszą być żadne ekskluzywne wersje z komentarzem ekipy i wyciętymi fragmentami, goła podstawka bez wodotrysków w zupełności mi wystarczy. Chciałbym tylko móc ją zakupić w łatwy, pewny sposób bez konieczności uciekania się do mało legalnych metod. Chyba nie wymagam zbyt wiele?

PS: Niejednokrotnie wspominałem – tutaj albo na fanpejdżu – że ograniczam kupowanie nowych rzeczy z powodu posiadania nadmiaru dóbr na półkach i w różnych chmurach. Powyższym wpisem mocno więc sobie zaprzeczam. Jestem tego świadom, ale w przypadku Overlord nie chodzi o jakąś losową rzecz kupioną „na kiedyś tam, czyli nigdy”, tylko o konkretny produkt, którym byłem – i częściowo wciąż jestem – bardzo zainteresowany i na bank bym po niego sięgnął natychmiast po dokonaniu transakcji. Obejrzałem film i nabrałem smaka na sequel, tego typu sytuacja. Plus czasem mam po prostu ochotę coś sobie kupić, nawet jeśli rolą tego czegoś będzie zajmowanie miejsca na półkach, obojętnie czy rzeczywistych, czy wirtualnych. Ten typ tak ma.