Przejdź do zawartości

Pirate Ninja Templar Assassin

Czyli o Assassin’s Creed: Black Flag słów kilkaset.

Może się to wydawać dziwne, ale do tej pory nie miałem zbyt wielkiej styczności ze sztandarową serią Ubisoftu. Drugą, jeśli brać pod uwagę starszego Raymana. Znałem jej założenia: wielki konflikt między Asasynami i Illuminati Templariuszami, starożytna rasa i jej jeszcze bardziej starożytne artefakty, gubienie pościgów poprzez posadzenie rzyci na ławeczce, absurdalnie wielkie kaptury, wysuwane ostrza i tak dalej, ale jakoś nigdy nie było czasu bądź okazji, by osobiście pokierować pewnym włoskim zabójcą o długim nazwisku, ewentualnie jego kolegą z Bliskiego Wschodu. Do tego serii zawsze towarzyszył wielki hype, a mnie nadmiar reklamy i fapowania odrzuca miast przyciągać. Zwłaszcza w przypadku produktów, z którymi do tej pory nie miałem żadnej bliższej styczności. No ale stało się, dostałem do swoich łapek część czwartą (w praktyce szóstą, ale mniejsza z tym) i oto miałem się przekonać, czy asasyński – a w tym przypadku bardziej piracki – sandbox do mnie przemówi. I przemówił. Na tyle skutecznie, że poważnie rozważam kupno poprzednich części. Może poza trójką, bo początki historii USA odrzucają mnie równie skutecznie, co rozbuchany hype.

Achtung! Spoilers ahead!

Pierwszym, co ujęło mnie w nowej grze od Ubi, był bohater, chociaż po raz pierwszy w historii serii nie jest on członkiem zakonu zakapturzonych. W zasadzie nie jest członkiem żadnego zakonu, bo biały strój zabójcy zdarł z ciała autentycznego Asasyna w zatoce na zachód od Hawany, z Templariuszami flirtuje tylko dlatego, że rzeczony Asasyn to robił i przez cały czas konsekwentnie odmawia dołączenia do którejkolwiek ze stron, chociaż obie sugerują, że wypadałoby. Nie przeszkadza mu to co prawda wyeliminować pokaźnej grupki Templarów wraz z ich pomagierami, ale to wszystko dla kasy, więc nie ma problemu.

No właśnie. Edward Kenway nie jest postacią zmuszoną do piracenia z powodu wielce tragicznej przeszłości, długu albo boskiego nakazu. To biedak pragnący zarobić trochę grosza, co by móc żyć godnie wraz z żoną, w wielkiej rezydencji gdzieś w rodzinnej Walii. A jaki inni zawód otwiera tak szerokie możliwości wzbogacenia się, jak piractwo? Zwłaszcza na Karaibach, z regularnie płynącymi do Europy hiszpańskimi konwojami ze złotem, rozbudowującymi swoje plantacje Anglikami czy niezależnymi kupcami, aż proszącymi się o niezapowiedziany abordaż. I powiem wam, że dla asasyńskiego świeżaka takiego jak ja jest to wspaniała motywacja, podobnie jak ustawienie głównego bohatera na uboczu konfliktu SynyAsa-Templariusze, który w rejonie Zachodnich Indii sprowadza się do odnalezienia Obserwatorium, mitycznego artefaktu zdolnego do podglądania każdej żywej istoty. Znaczy póki dysponuje się odrobinką jej krwi.

I w takie oto tło wrzucamy Edwarda, faceta pragnącego zdobyć Obserwatorium, a potem sprzedać temu, kto zechce zapłacić najwięcej. Przyjmującego zlecenia na Templariuszy i odbierającego zapłatę od Asasynów. Rabującego okręty wojenne i kupieckie, szukającego zakopanych skarbów i robiącego wszystko, byleby zapełnić swoje kufry. Niby dla żony, ale w wielu scenach widać, że to tylko zasłona dymna, a złoto staje się celem samym w sobie. Edward jest tak owładnięty myślą zdobycia największego skarbu świata, że przechodzi do porządku dziennego nad śmiercią kolejnych towarzyszy – także z jego ręki – oraz dobrymi radami ludzi sugerujących mu zwinięcie interesu i powrót do domu. Tak, kolaborujący z Templariuszami piracki Asasyn z przypadku to kawał czystego sukinsyna, co to ma przed sobą jasny cel i dąży do niego nawet po trupach. Dodajmy do tego poczucie humoru oraz szeroki zestaw umiejętności (z których spora część zdaje się być wyciągnięta z głębi jelita grubego scenarzystów, ale mniejsza), a dostaniemy wyrazistą i wartą zapamiętania postać.

Swoją drogą nie wiem, czemu na wszystkich grafikach promocyjnych Edward w kapturze ma minę, jakby właśnie dostał zatwardzenia, skoro w grze jest masa humoru. A skoro o tym mowa – do tej pory sądziłem, że AC to bardzo poważna seria. No wiecie, tysiącletni konflikt, totalitaryzm Templariuszy kontra nihilizm Asasynów, pradawne rasy i takie tam spiskowe pierdoły z okolic Archiwum X. Tymczasem jeden z pierwszych napotkanych enpecetów okazuje się być angielskim kupcem, co to by mógł zostać piratem, ale rodzina i obowiązki mu nie pozwalają, a poza tym jest na to zbyt pierdołowaty. Widząc zapijającego smutki i narzekającego na swój podły los Asasyna Kenway wpierw wywraca oczami w zmuszający do uśmiechu sposób, a potem pomaga mu dotrzeć w bezpieczne miejsce, pilnując przed nadgorliwymi strażnikami („Tu nie można lać, to Święta Ziemia!”) i spławiając grupkę tancerek, które odprowadzany wyraźnie ma zamiar poznać nieco bliżej. Są tu sceny, gdy skierowana do jeńców kwiecista mowa angielskiego pirata nie odnosi skutku, bo załoga zdobytego przez niego okrętu składa się w stu procentach z Hiszpanów, Czarnobrody tłumaczy, w jaki sposób należy wywoływać we wrogach strach czy przekomarzanki pod ogniem muszkietów i każda z nich była na swój sposób zabawna. I dobrze, bo w innym wypadku cała historia byłaby z deka depresyjna.

Czwarty Asasyn to opowieść o człowieku, który zbłądził. Posiadającym marzenia, ale realizującym je od tyłka strony, mającym nieco zbyt wysokie mniemanie o sobie i starającym się złapać zbyt wiele srok za ogon. Edward ma w zasięgu ręki przedmiot zdolny obalać imperia i jedyne, co w związku z nim przychodzi mu na myśl, to stos złota, jakiego nie powstydziłby się Sknerus McKwacz. Nie mówiąc o tym, że rzeczony przedmiot uznawany jest za legendę, przez co Kenway w oczach załogi i towarzyszy staje się lunatykiem, latającym z jednego końca Karaibów na drugi w pogoni za bajką dla dzieci i ostro obrywający za to po tyłku. Może nawet trochę za ostro, zwłaszcza w ostatnich etapach długaśnej kampanii, gdzie różnica między dwoma sekwencjami potrafi wynosić nawet cztery lata.

Dobra, odstawmy na moment fabułę, która ujęła mnie również postaciami drugoplanowymi, rozsianymi tu i ówdzie smaczkami oraz sekwencjami toczącymi się w czasach obecnych i przejdźmy do mechaniki. Tu dla odmiany trochę pomarudzę, głównie na tryb swobodnego biegu, bo Edwardowi nierzadko udawało się wdrapać tam, gdzie tego nie chciałem i to kilka razy pod rząd. Oraz na walkę, w której wciąż nie wiem, czy przycisk kontry mam nacisnąć, czy nacisnąć i przytrzymać, bo gra na obie te akcje raz reagowała, a raz nie. Nie ma to jak skopiować rozwiązania z Arkham Asylum i przy okazji je zepsuć. Ale to może i dobrze, bo w innym wypadku starcia byłyby za proste. Odrobina wprawy wystarcza, by Edward rozłożył na łopatki nawet dziesięciu przeciwników naraz, ośmiu tnąc na plasterki szablami, a dwóch traktując ołowianą kulą. Zachodzę zresztą w głowę, na co piratowi ukryte ostrza i szable, skoro do przejścia gry wystarczy tylko jedna z tych broni, zbędne na dalszych etapach usypiające strzałki czy umiejętność rzucania pieniędzmi, której użyłem tylko raz, bo akurat nie miałem w tamtej chwili nic lepszego do roboty. Z drugiej jednak strony to wciąż tylko dwa (trzy, jeśli liczyć pięści) narzędzia do walki konfesjonalnej, więc nie jest tak źle.

Doszły mnie słuchy, że AC 4 powstał na bazie najlepszego z elementów poprzednika. Nie jestem pewien, czy przemawia to na korzyść, czy niekorzyść trójki. Wiem za to, że pływanie po Karaibach w rytm szant to bardzo relaksujące doświadczenie, nawet jeśli załoga Kawki enty raz katuje mnie Hiszpańskimi dziewczynami i nie zamknie się bez wyraźnego rozkazu. Bitwy są szybkie i ekscytujące, abordażom często towarzyszą zadania dodatkowe w stylu ubijania kapitana albo odcinania wrogiej bandery, a dbanie o materiały i kasę na ulepszenia Kawki dają mi poczucie, że uskuteczniane przez całą grę palenie i plądrowanie czemuś służy. Co prawda z trzech strategicznych surowców dwa są praktycznie zbędne, dwa towary handlowe można było potraktować jako jeden, a dbanie o załogę to prostackie pilnowanie, by liczba ludzi na statku nie spadła do zbyt niskiego poziomu, ale jeśli wierzyć recenzjom jest i tak lepiej, niż w poprzednich częściach, gdzie Ezio byłby w stanie wykupić cały Rzym z przyległościami, tyle pieniędzy zalegało mu w piwnicy.

Kończąc tę nieco przydługawą (cieszcie się, że nie wspomniałem o znajdźkach, polowaniach, nurkowaniu i pierdylionie innych rzeczy) i chaotyczną notkę stwierdzę, że jestem z czwartej części Assassin’s Creed bardzo zadowolony. Fani w sumie też reagują pozytywnie, więc jest szansa (szansa, ha!) na powstanie piątki. Może tym razem gdzieś na Dalekim Wschodzie, w wiktoriańskiej Anglii albo w carskiej Rosji? Asasyn Dimitri walczący z niemieckimi Templariuszami na ulicach Petersburga to koncept, do którego chętnie bym się dorzuciłbym. Mam przy tym nadzieję, że tym razem główny bohater będzie pełnoprawnym członkiem zakonu, a nie typkiem w skradzionym kapturze, bo tego rodzaju numer jest ok tylko raz, przy okazji stawiając pod znakiem zapytania dorobek serii.

Chcesz pogadać o czwartym Asasynie? Może tutaj?