Przejdź do zawartości

Po co komu dobra fabuła?

Czyli o tym, że nawet oferując beznadziejną historię można zarobić miliony słów kilkaset.

Doktor Horse ostrzega: tekst zawiera wysoce stężoną dawkę cząsteczek marudzenia i linki do TvTropes.

A mógł zabić.

Po co ludzie kupują dzieła, których fabuła jest zwyczajnie słaba? Nie mało rozbudowana, płytka czy naiwna, bo to jeszcze nie jest wyznacznik złej historii, tylko dziurawa, pełna nielogiczności, sprawiająca wrażenie pisanej bez planu, bez przygotowania i bez pomyślunku? Krytycy i recenzenci (ci znający się na rzeczy, nie sezonowi, co to przeczytali Wiedźmina i Władcę Pierścieni i myślą, że to wystarczy do rzetelnej oceny Gry o Tron) w długich wywodach tłumaczą, dlaczego główny wątek filmu X rozłazi się w szwach już po piętnastu minutach, albo dlaczego główny bohater gry Y zachowuje się jak schizofrenik na prochach, chociaż nigdy nie było to planowane. Tymczasem publika ich wypociny może i czyta, może przez chwilę je analizuje, ale koniec końców zlewa. Zmierzch jest chyba najbardziej jaskrawym przykładem sukcesu pod morderczym ogniem krytyki (na rynku dostępnych jest kilka książek, filmów, gadżety i bielizna, a to ledwo wierzchołek góry lodowej), ale wystarczy się troszkę rozejrzeć, by znaleźć kolejne, równie zadziwiające.

Przez gwałt do serca

Swego czasu szef działu książkowego Poltera wcisnął mi do rąk pewnego paranormala. Mroczna Magia się to to zwało. Typowe czytadło dla mało wymagającego (czytaj nie zwracającego wielkiej uwagi na treść) czytelnika, z superpiękną postacią kobiecą, nieziemsko przystojnym, inteligentnym i (tu wpisz kolejnych sto pozytywów) wampirem (bo co to za romans bez wampira?) i absolutnym brakiem napięcia. Bo jak tu tworzyć napięcie, gdy postać męska każdego, nawet najsilniejszego przeciwnika rozwala w ciągu pięciu sekund, jakby od urodzenia jechała na god mode?[1]

Kniga sama w sobie byłaby co najwyżej nudna, gdyby nie pewna scena. Scena, w której główna postać kobieca, traktowana przez główną postać męską niemalże jak mówiąca zabawka, od początku zmuszana do spełniania jego życzeń, z którą nie liczył się w niemal żaden sposób, jest gwałcona. A niedługo później się w swym oprawcy zakochuje. Gwałt przepalił bohaterce jakieś styki w mózgu i ta błyskawicznie zmieniła swoje nastawienie do wampira z nienawiści na głęboką miłość, wręcz uległość. Nie, to nie był przykład syndromu Sztokholmskiego, tylko „prawdziwego, szczerego uczucia. Nie szkodzi, że facet naznaczył ją jeszcze w łonie matki, szpiegował aż do osiągnięcia dorosłości i mordował każdego samca, który chciał się do niej zbliżyć, w praktyce kontrolując jej życie. Robił to wszak z miłości, a gwałt był jej najszczerszym wyrazem. Nie zapominajmy również o tym, że ten wielki wrażliwiec traktowany jest przez inne wampiry z odrazą, żyje od tysięcy lat i należy mu się odrobina uczucia. Prawda?

Teraz mi wyjaśnijcie, jakim sposobem to coś trafiło na listę bestsellerów New York Times’a i sprzedało się w milionach egzemplarzy (podobnie zresztą jak inne tomy serii), a jej autorka została obsypana nagrodami? Śmiejecie się z 50 Min Greja, ale na rynku są pozycje, przy których „porno dla gospodyń domowych” to pikuś (Pan Pikuś).

Ktoś mógłby powiedzieć, że się czepiam, bo taki właśnie jest cel wszelkich paranormali. Dać rozrywkę niewyrobionym czytelnikom, a stereotypowym kurom domowym (czyli w teorii [i tylko teorii] także niewyrobionym czytelnikom) chwilę relaksu i marzeń o wspaniałej i głębokiej miłości. Tylko dlaczego ta miłość musi być patologiczna (patrz Zmierzch, bolesny pierwszy raz zakończony ciążą i niemal śmiertelnym porodem czy też wspomniana wyżej MM)? Dlaczego sceny wyuzdanego seksu BDSM w wykonaniu Greya są opisywane przez kogoś, kto nie ma o tym zielonego pojęcia, a ich „ofiara” zachowuje się tak nienaturalnie, że wywołuje jedynie śmiech? Czy wybór takiego, a nie innego targetu sprawia, że trzeba od razu obniżać standardy i pisać wszystko, co akurat do łba przyjdzie, ewentualnie przekazywać kiepskie wzorce bez żadnego krytycznego komentarza? To już dzieci są bardziej wymagającymi konsumentami.

Ziemiańska Mary Sue

Po co komu sens i logika, gdy masz
uzbrojoną po zęby seksowną bohaterkę?

Inny przykład, tym razem z naszego podwórka. Dawno, dawno temu przeczytałem Achaję. Kilka dni intensywnej lektury i trylogia zaliczona.[2] Czułem, że z części na część jest coraz słabsza, ale podobała mi się. Lekki styl, przyzwoita główna bohaterka, wulgaryzmy i szczucie cycem średnio co pięć stron tekstu i co drugą ilustrację. Wszystko, czego młodzik może oczekiwać po dobrej książce fantasy pisanej przez faceta.

Niedawno zapoznałem się z dokładną analizą pierwszego tomu. Analizą, która nie zostawia na nim suchej nitki. Po lekturze spytałem sam siebie, jak mogłem przeczytać coś tak słabego i nielogicznego i jeszcze się tym zachwycać? Uznać za ciekawą historię pisaną z perspektywy charakterowo płaskiej i czego-to-ja-nie-potrafię kobiety (przechodzącej rozmaite szkolenia, przyuczanej do żołnierskiego życia, a mimo to zachowującej się jak księżniczka, która nigdy miecza w rękach nie miała), żyjącej w dziurawym, pełnym kretynów świecie (scena zabójstwa piekarza w wykonaniu Siriusa to czysta poezja), w którym państwo A ma bezimiennego króla i stolicę bez nazwy, a w państwie B tempo budowy dróg jest identyczne, jak w Polsce autostrad? Wtedy była ta wspaniała książka. Dziś staram się nie przyznawać do tego, że kiedykolwiek trzymałem ją w dłoni.

Czytadło tego rodzaju powinno trafić do każdego wydawnictwa i redakcji z adnotacją: „jak nie pisać książki”. Powinno, ale Fabryka Słów specjalnie się tym faktem nie przejmuje. Nie dość, że puściła nowe wydanie w lepszych okładkach (ale bez ponownej redakcji), to w jakiś czas później dorzuciła do niego drugą serię, zbierającą bardzo dobre recenzje. Zdrowy rozsądek sobie, a życie sobie.

Słabnąca Zamieć

Dla scenarzystów Blizzarda miałem zawsze duży szacunek. Pierwszy Starcraft to często przywoływany przeze mnie dowód na to, że można napisać ciekawą, ponurą, a przy tym nie popadającą w cierpiętniczy ton historię, wartą poznania nawet po wielu latach od premiery. Z pretekstowym światem i paroma dziurami logicznymi, lecz mimo to wciąż interesującą dla fanów SF (fantaziakowcy mają równie dobrego trzeciego Warcrafta).

Minęły lata, nadszedł drugi Starcraft. Jako wielki fan jedynki miałem nadzieję, że Wings of Liberty będzie godnie kontynuował historię wielkiej wojny w sektorze Koprulu. Niestety, mniej więcej od połowy gry, z każdą kolejną misją, moja wiara w scenarzystów Blizzarda otrzymywała potężne ciosy w słabiznę. Heart of the Swarm pozwolił jej odrobić nieco strat i przekonał mnie do napisania pozytywnej notki na temat plotu. Ale wkrótce potem zabrałem się za czytanie analiz fabuł WoLa oraz HotSa i wprowadzonych przez Blizzard retconów. Po lekturze tych kilku tekstów przeciwnik ostatecznie padł na glebę, a sędzia ogłosił zwycięstwo przez nokaut.

Wspaniały gameplay, dziurawy plot, miliony fanów.

Ja zaś zacząłem się zastanawiać, po co to wszystko. Po co marnować roboczogodziny, by pokazać ludziom takiego fabularnego gniota? Bo drugi Starcraft nie ma dobrej fabuły. Ma dobry gameplay, balans między jednostkami i wymagający tryb multi, ale nie ma dobrej fabuły. Nie po tym, jak scenarzyści wykastrowali świat, przerobili sporą część bohaterów na chodzące ideały bez skazy i zmazy (z Raynorem na czele), a wydarzenia przedstawili w sposób holyłudzki, czytaj z przesadnie wielką dawką wybuchów, heroizmu i Wielkiego Zła w tle. Efekt ich starań ma mnóstwo dziur, nieścisłości (zdecydowanie więcej, niż wcześniej) oraz miejsc, w których kanon grzecznie siada w kącie i udaje, że nigdy go nie było. Tylko co z tego, skoro wielu ludziom – w ty do pewnego momentu także mi – się podobała? I oszczędźcie mi argumentu „W Stara gra się dla multi!”. Jeśli tak, to raz, Blizzard nie dzieliłby gry na trzy części, tylko zrobił jedną prostą kampanię i puścił w świat. Dwa, nie poświęciłby tyle czasu na stworzenie kilkudziesięciu rozbudowanych misji, renderowanie przerywników filmowych, nagranie dialogów. Trzy, połowa kupujących WoLa nigdy nie odpaliła multi. Wasz argument jest inwalidą.

Inny zresztą przykład, czyli Darksiders (którą to grę lubię, jeśli nie liczyć plotu). Ludzie określają Wojnę mianem świetnego bohatera i jarają się nim jak dzieciaki na widok rozkładówki Playboya[3], zachwalają fabułę i nastrój. Klimatu grze nie odmówię, ale bohater i jego przygody są w najlepszym wypadku marne. Chyba, że ktoś mi wyjaśni, co jest fajnego w „umiem mówić tylko przez zaciśnięte zęby” mięśniaku, którego szefowie (teoretycznie potężni, w końcu zmusili Niebo i Piekło do zawarcia rozejmu) wykazują się niekompetencją, przy której ZUS to najsprawniej funkcjonująca firma świata. I dlaczego trzeba było wykastrować połowę Apokalipsy św. Jana i uzupełnić braki pozbawionym sensu bełkotem, skoro równie dobrze można było wymyślić wszystko od zera? Efekt ma wysoki coolness factor, ale sensu w nim nie znalazłem za grosz, a ponoć dwójka, jak twierdzi Yahtzee, jest pod tym względem jeszcze gorsza.

What is the point?

Jak to jest, że większość odbiorców nie dostrzega błędów w tym, co ogląda/czyta/w co gra i dopiero recenzenci/redaktorzy/krytycy albo osoby z okiem do szczegółów są w stanie stwierdzić, że całość się kupy nie trzyma?[4] I nie mówię tutaj o rzeczach ocenianych za pośrednictwem gustu, takich jak strój, tylko logikę. O sytuacjach w stylu: „Czy dysponując określonymi siłami w określonej sytuacji atak na umocnione pozycje wroga był potrzebny czy nie?”, gdzie opinię można wydać na podstawie analizy warunków i możliwości. Możliwe, że w grę wchodzi mechanizm: „Kupiłem, więc musi być dobre”, ale ludzie zachwycają się także egzemplarzami pirackimi czy bibliotecznymi, za które nie zapłacili ani grosza. Wiem, że także reklama i marketing dużo tutaj robią, ale nie uwierzę, by miały wpływ decydujący. Istnieją granice, a ludzie, wbrew pozorom, wcale głupi nie są i potrafią krytykować, często bardzo celnie.

A może chodzi tu o fridge logic? O takie nawarstwienie akcji, wybuchów i one-linerów, że dopiero po seansie człowiek orientuje się, że coś jest nie tak? Pamiętam, jak wychodziłem z kina po Avengers, uhahany, że wreszcie trafiłem na wartościowy w swej kategorii film. Dopiero w kilka dni później i przy czytaniu komentarzy internautów dotarło do mnie, że Loki wcale nie został pokazany dobrze. Że w poświęconym jemu fragmentach fabuła trzeszczała, a sama postać nie była taka cool, jak się powszechnie uważa. Wciąż miała swoje momenty, ale biorąc pod uwagę resztę bohaterów wypadła dość słabo.

Rozwiązanie trzecie brzmi: naczytałem się, nagrałem i naoglądałem na tyle dużo, że mam zaburzoną perspektywę. Moje wymagania urosły tak bardzo, że nie ma już dla mnie ratunku. Tylko w takim razie dlaczego podobała mi się pierwsza część Inwazji, która ideałem fabularnym nie była, albo cały czteroksiąg Siedmiu Królestw, oparty na dość standardowych motywach i fabularnych zagraniach, jakich w fantastyce pełno?

Kultura lajka? Brak krytycyzmu albo nie rozmawianie o wadach, bo nie wypada, bo tak trzeba, bo o złych rzeczach nie gadamy? Możliwe, ale w takim wypadku fandom ominąłby shitstorm związany z zakończeniem Mass Effect 3, gracze nie irytowaliby się na zbyt szybko wypuszczonego Dragon Age 2, nie padałyby głosy krytyczne w stosunku do ekranizacji Pieśni Lodu i Ognia, drugiego Starcrafta, nowego Bioshocka i innych rzeczy dobrych (może poza DA2), ale mających swoje skazy.[5] Bo siła marki robi swoje, ale nie zawsze jest w stanie przekonać fanów, że białe jest czarne.

Jest jeszcze jedna możliwość: ludzie do not care. Czytają, grają i oglądają dla odpoczynku. Nie widzą dziur, bo nie chcą ich widzieć, nie mają czasu i potrzeby ich widzieć. Obejrzą film, spodoba im się, więc napiszą w komentarzu na IMD: „I love it! i tyle. Fabuła? Była ok. Zresztą jaki sens skupiać się tak na jednym filmie, gdy w wydłużającej się z każdym miesiącem kolejce czeka tysiąc kolejnych?

PS: W związku z wyzerowaniem poziomu irytacji na otaczającą rzeczywistością następna notka jęcząco-marudząca pojawi się prawdopodobnie dopiero za miesiąc.

[1] Jeden z komentatorów na LubimyCzytać stwierdził, że: „trudności, z jakimi musieli zmagać się bohaterowie były fascynujące i irytujące jednocześnie”. Jeśli stawianie przed nieśmiertelnym superwampirem, ciskającym śmiercionośne zaklęcia z palca, zdolnym zabić człowieka gołą pięścią zagrożeń w postaci grupki śmiertelników bez supermocy, specjalistycznego sprzętu i jakichkolwiek szans na zwycięstwo jest fascynujące, to ja nie rozumiem paranormalni.

[2] You see what i did there?

[3] Albo nowej części Call of Duty bądź następnego odcinka Supernatural. Bo kto w czasach RedTube’a jara się jeszcze pornografią?

[4] Kolejny przykład wisi sobie tutaj.

[5] Z drugiej strony, Total Biscuit nie oberwałby falą hejtu, jaką wywołała jego pozytywna, ale w paru miejscach krytyczna recenzja Bioshock: Infinite.

 

Chodzą słuchy, że Alucard jest dziełem Micaha Rabalaisa, a reszta ilustracji została wygrzebana z ciemnych zakamarków Sieci.