Przejdź do zawartości

Reality check

Nie lubię Assassin’s Creed. Seria stanowi ucieleśnienie prawie wszystkiego, co odrzuca mnie w sektorze AAA. Często jednak zapominam, że takich jak ja jest stosunkowo niewielu.

Pamiętam fana Asasynów, spotkanego w kolejce na pierwszy Baltikon. Przebrany za Edwarda, pełnym pasji głosem opowiadał jak to przyjemnie grało mu się w Syndicate. Mój śmieć był jego skarbem. Kochał go tak bardzo, że słuchając go czułem ukłucie zazdrości.

Takich jak on na całym świecie są miliony. Można mówić o zmęczeniu formułą, bezsensownej fabule, nadmiarze aktywności i mikropłatnościach, ale Ubi kasa zawsze się zgadza. Produkowane taśmowo powieści, komiksy i gadżety schodzą jak ciepłe bułeczki, na konwentach roi się od typów w kapturach. Ludzie kochają Asasynów, nawet jeśli nie zawsze kończą ich przygody i dawno przestali się orientować w zawiłościach metaplotu.

Ja nie należę do tej grupy. Wiem, co w (pop)kulturze piszczy, ale staram się skupiać na jej mniejszym, mniej popularnym wycinku. MCU jest miłe oczom i duszy, ale z większą ciekawością patrzę na dzieła Kurosawy, nad nowe animce przedkładam stare, a Crusader Kings 2 działa na mnie lepiej od najtwardszych dragów.

Nie czyni mnie to ani lepszym, ani gorszym od innych. Wbrew temu, co można wyczytać w social mediach, lubienie bądź nie czegoś to zazwyczaj kiepska metoda oceny czyjejś wartości. Posiadanie w miarę niszowego gustu oznacza jednak, że wiele moich stanowisk i ocen nie jest miarodajnych. Nie pokrywają się z opiniami większości, do której to skierowane jest miażdżąca większość popularnych, najlepiej znanych i najszerzej komentowanych rzeczy.

W tym również nie ma niczego złego, ale zmusza do okazjonalnej refleksji. Do mówienia sobie: „Nie, ta gra czy film nie są złe. Ona tylko nie została stworzona z myślą o mnie”. Można się z takim podejściem nie zgadzać – sam często to robię – ale warto mieć je na uwadze. Inaczej łatwo o niesprawiedliwą ocenę, zbudowaną na niewłaściwych fundamentach.

Między innymi dlatego nie potrafię gniewać się na Transformers Baya i dawno przeszła mi niechęć do Zmierzchu1. Niekończący się strumień negatywnych recenzji i analiz nie zmieni faktu, że to nie są produkty dla mnie2 i nie ma sensu zawracać sobie nimi głowy. Czasem nawet z ciekawości po nie sięgnę. Z ich pomocą przypomnę sobie, w jakich rejonach i jak bardzo mój gust odstaje od reszty świata, podumam chwilę nad tym faktem, po czym wrócę do swojego bąbelka budować kolejną twierdzę w Dwarf Fortress.