Przejdź do zawartości

Fragment okładki komiksu.

Rip and Tear!

Czy wiedzieliście, że marka DOOM to nie tylko trzy gry wideo, ale również kilka pobocznych projektów? Na przykład cztery powieści. Oraz bardzo taki sobie film. I komiks. Bardzo, bardzo specyficzny komiks.

Licząca szesnaście stron historia obrazkowa, ze słowem historia umieszczonym w największym możliwym cudzysłowie, jaki przyjdzie wam na myśl, to istniejące na tym świecie od roku 1996 dziecko pięciu ojców. (Prawie) wszyscy podpisali się pod swą pracą imieniem, nazwiskiem i pseudonimem i fakt ten powinien wam jasno dać do zrozumienia, z czym mamy tu do czynienia. A mamy do czynienia z fanowskim projektem, stworzonym z myślą o miłośnikach konkretnego tytułu i rozdawanym za zero dolarów, zero centów na konwencie poświęconym grom wideo (źródła milczą, o jakie dokładnie wydarzenie chodziło, ale to akurat nieistotne). Z małym dowodem miłości do gry, która na wiele lat stała się wzorcem do naśladowania dla wszystkich twórców pierwszoosobowych strzelanek.

Za komiks odpowiada więc pięć osób, w tym, co chyba najbardziej zaskakujące, aż dwóch scenarzystów. Osoby nie znające gry prawdopodobnie podrapały się właśnie po głowie z niezrozumienia, bo taka sytuacja w branży komiksowej nie jest ani nowa, ani szczególnie interesująca. To prawda, tyle tylko, że Doom Comic oparty jest, jak sama nazwa wskazuje, na DOOMie. DOOM zaś – przynajmniej do części trzeciej, która nas teraz nie interesuje – nie posiada głównego bohatera oraz opowieści, a jego tło fabularne da się streścić w jednym niezbyt długim zdaniu. Co prawda wizja jednego z byłych członków ID Software zakładała coś zupełnie innego, bo cztery grywalne postacie z rozbudowaną historią, większy nacisk położy na narrację, drobne elementy RPG i tak dalej, ale z jego pomysłów pozostały jedynie strzępy, istotne dla może dwóch ludzi na całej planecie. W ostatecznym produkcie mamy więc bazę na Phobosie, setki demonów z Piekła i jeden cel – powystrzelać je wszystkie. Koniec. Żadnych dialogów, żadnych towarzyszy w polu albo w słuchawce, żadnych pokazywanych palcem celów misji. Co najwyżej ściany tekstu między etapami, które można zignorować bez szkody dla czegokolwiek.

Po co więc do opartego na takiej grze komiksu zgarnięto aż dwóch scenarzystów? Na pewno nie w celu wymyślenia fabuły, bo ta jest równie prosta, co w materiale źródłowym. Dzielny kosmiczny marine, formalnie znany jako Doomguy, walczy w korytarzach księżycowej bazy z demonami z Piekła. W pewnym momencie natrafia na przeciwnika tak groźnego, że nijak nie da się pokonać bez odpowiednio dużego gnata, więc rusza na jego poszukiwania. W trakcie tychże poszukiwań dokonuje masowej rzezi potworów z pomocą rozmaitej broni palnej, piły łańcuchowej i pięści (nie żartuję), urządza sobie krótką kąpiel w odpadach radioaktywnych (też nie żartuję), pobawi teleportami, by ostatecznie odnaleźć ukochaną giwerę i po krótkiej walce sprowadzić Wielkiego Złego do parteru. Rzeczony Wielki Zły to nikt inny, jak Cyberdemon we własnej osobie, rogaty bydlak o mechanicznych nogach i wielkiej spluwie w miejscu lewej ręki, dzięki któremu ten wpis zawdzięcza swój tytuł.

Tak więc po co dwóch scenarzystów przy fabule cienkiej jak sik węża? Ano do wymyślania tekstów o różnym poziomie porąbania, którymi Doomguy raczy czytelnika i napotkane demony. Ilekroć ktoś sugeruje, że dana gra albo film powstały na kilogramach narkotyków moje brwi wędrują aż do łysiny na środku głowy, gdyż wychodzę z założenia, że nawet najbardziej porąbane rzeczy da się wymyślić bez wspomagania. Czytając jednak Doom Comic gotów jestem uwierzyć, że w jego produkcji istotną rolę pełniły ciężkie środki odurzające i morze procentów, zażywanych prawdopodobnie nie przed, ale w trakcie procesu twórczego. Utrzymana w klimacie gry okładka tego nie sugeruje, ale starczy przejść na pierwszą stronę, by natrafić na tekst:

Who’s a man and a half? I’m a man and a half! Berserker packin’ man and a half!

Do przeczytania nad wkurzonym bohaterem, który z okrzykiem Dynamite! wyrywa demonowi kręgosłup przez brzuch. Wystarczy zaś przemieścić się do kolejnej, by w oczy wpadły słowa:

I’m a 12.0 on the 10.0 scale of badness! Don’t need a gun, guns are for wusses!

Wypowiedziane przez protagonistę tym razem nad stosikiem martwych potworów, a tuż przed otworzeniem Important looking door z pomocą kopniaka silnego niczym cios młotem Thora. Tego typu tekstów kojarzących się z Twardymi, Amerykańskimi Marines(TM) jest w komiksie pełno i nie powinno to dziwić, skoro demony są nieme (syki się nie liczą), a narrator i główny bohater to jedna i ta sama osoba. Dziwić za to powinno, jak momentami losowe zdają się być. Nie pod względem treści, bo potrafią zaskoczyć swą wewnętrzną spójnością, ale momentów pojawiania się. Na przykład w scenie, gdy wkurzony Doomguy wygrzebuje się z jeziora toksycznych odpadów, narzekając przy tym na ludzkość niezdolną do sensownego zajęcia się własnymi śmieciami i w efekcie zabijającą planetę Ziemię, na której kiedyś żyć będą jej dzieci i wnuki, a co, nawet biorąc pod uwagę kontekst, brzmi jak pogadanka edukacyjna na temat niepoprawnych dowcipów w środku Avengers: Age of Ultron. Albo ostatnie kadry, gdzie nasz dzielny Doomguy opowiada o oblężonej, ciemnej Ziemi, której potrzeba światła wolności, niesionej przez najsilniejszego z ludzi dzierżącego najbardziej kozacką broń na świecie.

Wszystko to jest z jednej strony głupie w stylu filmów klasy B i niżej, z drugiej groteskowe jak dobry survival-horror z elementami komedii, z trzeciej zaś zwyczajnie zabawne. Komiks stara się bowiem nadać charakter, jakkolwiek nudny i wyświechtany by nie był, postaci pozbawionej charakteru i stworzyć coś na kształt opowieści tam, gdzie do tej pory istniały jedynie jej smętne, poszarpane fragmenty. Doomguy w tym wydaniu nie jest bezimiennym, ruchomym stanowiskiem ogniowym, którego jedynym celem jest przeć przed siebie i walczyć. Przez krótki czas to ogarnięty szałem zabijania psychopata, napędzany solidną dawką wykręcających mózg chemikaliów, później zaś trochę mniej szalony i racjonalniej myślący, ale wciąż uśmiechający się w czasie ścinania łbów demonom żołnierz, american hero przez duże AH, któremu uśmiech i kozackie odzywki z ust nie schodzą. Wypowiadający czasem bardzo krótkie, mechaniczne wręcz zdania, innym razem wypuszczający z siebie monologi zadziwiająco długie i głębokie jak na kogoś, kto wygląda jak Typowy Amerykański Heros Kina Akcji(TM). Do tego zadziwiająco uczuciowy, bo jak wreszcie udaje mu się dorwać do BFG, to i broń przytuli, i pogłaszcze, i łezkę nad nią uroni, i nazwie The Holy Grail of Firepower z czułością zarezerwowaną dla ukochanej. No romantyk pełną gębą.

Jako obrazkowa wersja gry wideo komiks okazuje się być bardzo wierny materiałowi źródłowemu. Pojawia się sporo ikonicznych potworów, Doomguy odziany jest w charakterystyczny, zielony pancerz, wszelka broń leży po bożemu na ziemi i czeka na podniesienie, zebrane w duże stada beczki można potraktować pociskami dla wybuchowych efektów i tak dalej. Gdyby wyciąć innych, żywych w góra jednym kadrze ludzi oraz wszystkie monologi, mielibyśmy do czynienia z chyba najwierniejszym komiksem na bazie gry komputerowej w dziejach. Niemal stuprocentowym przeniesieniem jednego z etapów DOOMa na papier, co, jakby się nad tym głębiej zastanowić, brzmi jak wyjątkowo kiepski albo genialny dowcip. Sam nie wiem, co gorsze.

W departamencie technikaliów komiks jest bardzo nierówny. Z jednej strony mamy bohatera ze szczegółowo narysowaną twarzą (ta mina ze strony ósmej!) i widocznym każdym mięśniem na jego masywnej łapie czy zbliżenie na oko i odbijającą się w nim broń, z drugiej zaś portale, za które robi różowa plama z czarnymi kropkami, nierówno narysowane serduszka wokół głowy szczęśliwego bohatera czy światło, za które robi jeden kolor i strategicznie ustawione kreski. Krew i flaki wraz z ich wypruwaniem otrzymały sporo miłości, podobnie jak wszelkiego rodzaju pociski, ale samego mordowania jest, biorąc pod uwagę materiał źródłowy, trochę za mało. Jest za to sporo sugestii mordowania, patrz strona piąta chociażby, gdzie znajdują się trzy kadry strzelania w ciemność, preludium do pobojowiska na stronie szóstej. Poza tym wszystkie kolory są ciemne i ponure jak we współczesnych strzelankach, zaś za połączenie ze sobą czarnych literek oraz pomarańczowego tła ktoś powinien dostać po głowie. Bez wsadzenia nos w ekran (albo powiększenia okienka przeglądarki) nijak nie da się tego przeczytać.

Doom Comic to dziwny twór. Stworzony przez fanów dla fanów i ich radochy, jednocześnie zabawny i przerażający, stanowi doskonały dowód na to, że przy tworzeniu adaptacji – zwłaszcza gier wideo, a zwłaszcza zwłaszcza takich marek jak DOOM – nie zawsze warto iść w kierunku stuprocentowej wierności. Jeśli zaś ktoś już się na to zdobył, to niech idzie na całość, bo w ten sposób na pewno powstanie coś… Może nie wielkiego, ale na pewno wartego uwagi.

Osoby pragnące przeznaczyć kwadrans życia na osobiste zapoznanie się z komiksem zapraszam tutaj. Miłej lektury.