Przejdź do zawartości

Roku 2013 skromne podsumowanie

Reading Time: 5 minutes

Dla przejrzystości na trzy części podzielone.

Grafika podkradnięta stąd.

Branża growa

Tu miał być szerszy komentarz, ale go nie będzie, bo takowy już powstał i jest zdecydowanie lepszy od mojego niedoszłego, a kolejny potencjalnie dobry ma status in progress. Dlatego zamiast dłuższego rozpisywania się, dlaczego indyki górą, a EA ssie, o sytuacji w fandomie, nowej generacji konsol i podobnych, postanowiłem pochylić się nad jednym tylko zagadnieniem, będącym dla mnie symbolem mijającego roku.

Mamy klęskę urodzaju, chyba największą w historii branży. Jeszcze kilka lat temu mogłem dostać trzy gry wraz z CD-Action (albo odwrotnie, jak kto woli) za równowartość trzech lub czterech piw (ceny gdańskie. W stolicy pewnie wyszłoby jedno albo półtora). Teraz za te same pieniądze mogę dostać nawet dziesięć tłustych, w miarę świeżych (Arkham City z wszystkimi DLC w dwa lata po premierze!) tytułów, przyporządkowanych do mojego konta na Steamie, możliwych do zassania i odpalenia w przeciągu paru minut (ach, te szybkie internety), oferujących dziesiątki, setki, czasem nawet tysiące godzin dobrej zabawy. I tak średnio kilka razy w miesiącu, dzięki Humble Bundle i jego licznym klonom. Humble Store oferuje gry za bezcen, podobnie jak Steam ze swymi letnimi promocjami, sklep cdp.pl, GOG i tak dalej. Problem „nie mam w co grać” przestał istnieć, wdeptany w ziemię z siłą Jaegera na mechanicznych sterydach, zastąpiony przez „nie mam kiedy w to grać”. Wiem po sobie, bo moja parowa biblioteka rośnie z miesiąca na miesiąc, a posiadam też legalny dostęp do wcale nie mniejszej braciakowej. A jeśli i tego byłoby mało, to w kolejce czekają również tytuły F2P, duchowi spadkobiercy, edycje HD, produkcje fanowskie, zbiory serwisów Armor Games, Kongregate i innych.

Mamy najlepszy czas na bycie graczem (pecetowym, ale konsolowcy też nie mają zbyt wielkich powodów do narzekania) i chyba najgorszy na bycie twórcą. Konkurencja na rynku jest olbrzymia, rzeczony rynek mocno rozwarstwiony, klientela coraz bardziej świadoma swych praw i potrzeb, rozpieszczana mnogością ofert i działalnością fanowską. Praktycznie każdy jest w stanie stworzyć przynoszącą miliony dolarów zysku grę, czy to przez Kickstartera, Early Access z obietnicą dalszego rozwijania produktu (Prison Architect anyone?), czy zbiórki bezpośrednio na konto. Każdy może kupić sobie podręcznik Jak zaprojektować zarąbistą grę, nauczyć się programować, rysować i komponować i przygotować własnego indyka na patyku, ewentualnie dołączyć do powstających jak grzyby po deszczu firm i oddolnych inicjatyw. Na rynku, gdzie do tej pory było tłocznie, zaczyna panować nieznośny ścisk.

Blog*

Mój internetowy pamiętniczek pierwsze urodziny będzie obchodził 6 lutego, w rocznicę wrzucenia pierwszej notki, „Drabiny sukcesu„. Póki co licznik wskazuje 73, a wraz z właśnie przez Was czytanym 74 opublikowane teksty. Według statystyk olbrzymią popularnością cieszyły się dwie notki poświęcone kobietom w fandomie i ze znakami zapytania w tytule: „Ale co, jeśli graczem będzie kobieta?” na miejscu pierwszym oraz „Gracze, którzy boją się kobiet?” na czwartym. Miejsce drugie zajmuje tekst otwierający pierwszą edycję Karnawału Graczy Blogerów, trzecie marudzenie na antagonizmy wewnątrzfandomowe, a piąte pojazd po Prawdziwych Graczach. Pozostałe pięć miejsc okupuje pierwsza część Gamedevu od kuchni (dużo mam napoczętych cykli blogaskowych, wiem), tekst o cechach dobrej opowieści, gdybanie na temat ciągu dalszego fabuły Elizjum, peany na cześć soundtracku do Rayman: Origins, a wreszcie pierwsza część (kolejna powstaje, powstaje i powstać nie może) listy filmów i seriali, które nigdy się nie zestarzeją.

Nie napiszę, które z moich tekstów wciąż mi się podobają, bo musiałbym je wszystkie ponownie przeczytać. Poza tym takie rzeczy powinni oceniać czytelnicy. Dlatego zlinkuję jedynie do analizy fabuły najnowszego Tomb Raidera. Czas mija, a ja wciąż jestem z niej zadowolony i żałuję, że nie każdy mój tekst jest taki długi i profesjonalny i w ogóle och ach.

Co dalej? A tak. 1 września wystartował Karnawał Graczy Blogerów. Wystartował z kopyta, potem złapał lekką zadyszkę i teraz powoli drepcze przed siebie. Czego nie uznaję za złe zjawisko, gdyż Karnawał Blogowy RPG, z którego, łagodnie rzecz ujmując, czerpałem inspirację, ma na koncie edycje z dwoma wpisami, co najmniej jedną przerwę oraz trochę marudzenia z cyklu „dlaczego karnawału umierasz?”. Tak więc nie przejmuję się, bo nie ma za bardzo czym.

Miesiąc wcześniej założyłem Blogi Kulturowe, ciepło przyjęte mimo prostej (by nie rzec, że prostackiej) formy i skromnej funkcjonalności. Nie generuje jakiegoś przerażająco wielkiego ruchu, ale codziennie ktoś je odwiedza, czasem także z gogli, więc spełnia swoją rolę. Chyba. Tak czy siak w planach jest zmontowanie nowej, lepszej wersji strony (serwisu?), by łatwiej można było czytać notki z zebranych do tej pory w bazie 290 blogów. Plany ambitne, ale póki co bez daty.
Z drobiazgów: teksty z bloga wielokrotnie były linkowane w różnych Karnawałach Blogowych (głównie u Misiaela. Pewnie dlatego, że jestem jego „protegowanym”), dwa razy zmieniłem skórkę – czytaj zamontowałem nową, zobaczyłem drastyczny wzrost współczynnika odrzuceń i wróciłem do poprzedniej – przeszedłem z trybu „dwie notki na tydzień” na „kiedy tylko będę miał wenę” oraz zostałem skomplementowany ofertą pisania bloga na Gadżetomanii. I dużo kląłem na edytor Bloggera, ale może nie wchodźmy w szczegóły.

Co dalej?

Przede wszystkim przenieść się na silnik WordPressa i nową domenę. Pewnie Zenboxa, ale czort wie kiedy, bo są ostatnio zawaleni robotą. Do tego muszę jeszcze znaleźć nową skórkę, co w moim przypadku oznacza długie godziny szukania, zastanawiania się i grzebania w ustawieniach. Tak więc przenosiny będą w… lutym? Marcu? Cholera wie.

Poza tym mam w planach rozpocząć kilka nowych cykli blogowych (więcej, więcej, muhaha!) i kontynuować stare (tak, Kąciku Gracza Melomana, pamiętam o Tobie), napisać i puścić w świat parę tekstów na łażące mi od dłuższego czasu po głowie tematy, rozruszać troszkę fanpage, a przede wszystkim zadbać o większą regularność publikacji. Znaczy świadom jestem tego, że pisanie na siłę, bo terminy gonią nie jest zbyt zdrowe, ale nie chciałbym puszczać tekstów co dwa tygodnie, bo akurat inspiracja do spółki z weną wyjechały na wakacje czy coś. Zwłaszcza, że liczba czytających powoli, lecz sukcesywnie rośnie (pozdrówki dla wszystkich razem i każdego z osobna), a to najlepszy możliwy motywator dla każdego autora.

Taki jest stan bloga na koniec roku 2013 i plany na kolejny. Co z nich wyjdzie, to jeszcze zobaczymy.

* Dane dotyczą poprzedniego bloga. Na nowym doszło do wyzerowania większej części statystyk.