Przejdź do zawartości

W tym miejscu kiedyś było bobrze logo bloga, ale jego rozdzielczość była strasznie niska, więc zastąpiono je autentycznym boberem.

Roku 2014 skromne podsumowanie

Podobnie jak zeszłoroczne na trzy części podzielone, jeno tym razem trochę inaczej.

Popkultura

Działo się tyle, że na pewno nie dam rady napisać o wszystkim. Zresztą nawet nie zamierzam próbować. Filmowo bywało różnie, bo z jednej strony pojawili się przewspaniali Guardians of the Galaxy, Captain America: The Winter Soldier oraz Big Hero 6 (Marvel wciąż w formie, no kto by pomyślał?), nad podziw dobre Edge of Tomorrowzaskakujące Maleficent oraz wielce zacne How to Train Your Dragon 2, z drugiej zaś średnia Godzilla (trzymam kciuki za lepszą część drugą), męcząca kontynuacja 300, bylejaki Draculanudny jak nieszczęście The Giver oraz trzeci i ostatni Hobbit, który mógł być superaśny, a wyszło nie napiszę co. Z kolei na polskim poletku Bogowie zebrali mnóstwo pozytywnych ocen, zaś Ida trochę prestiżowych nominacji, co pozwala mi wierzyć, że jednak w tym kraju da się nakręcić przyzwoite kino. Statystycznie śmieci było zapewne więcej niż perełek, ale jakość tych drugich z nawiązką wynagrodziła mi ilość pierwszych. Poza tym Marvel i DC przedstawili plany filmowe do roku 2142, wybuchło parę afer, na które spuśćmy zasłonę milczenia, a przez kilka miesięcy mniej i bardziej sławni ludzie polewali się zimną wodą dla szczytnego celu i ku uciesze zachwyconych fanów.

Growo było podobnie jak filmowo, tylko do kwadratu i jeszcze trochę. Z jednej strony wielkie sukcesy rodzimych This War of Mine oraz The Vanishing of Ethan Carter, ciepłe przyjęcie Lords of the Fallen oraz pozytywne opinie na temat tworów Artifex Mundi, z drugiej nieudane wskrzeszenie Secret Service/Pixel, którego smród zapewne długo się nie rozejdzie. Z jednej strony dużo dobrych i bardzo dobrych premier w rodzaju Dragon Age: Inquisition, Shadow of Mordor czy Wolfenstein: The New Order, z drugiej wołająca o pomstę do nieba sytuacja z Assassin’s Creed: Unity oraz niekompetencja studia Double Fine, które wciąż nie wynajęło rozsądnego księgowegoBlizzard świętuje z powodu niespodziewanie udanego ożywienia World of Warcraft, ósma generacja konsol dotrwała do pierwszego roku istnienia, early access do spółki z Kickstarterem stopniowo tracą zaufanie graczy, zaś cała branża cierpi z powodu #GamerGate, przy którym spory o kolor skóry imperialnego szturmowca albo kolejnego Bonda to moderowana dyskusja dwóch sennych akademików po osiemdziesiątce. Do tego swoją porcję batów dostało Hatred, ekipa Fajnych RPG dowiodła, że można wydawać gry RPG metodą crowdfundingową (Magia i Miecz, Szare Szeregi, Bestie i Barbarzyńcy, od niedawna także Earthdawn), trzeci Wiedźmin zaliczył kolejne opóźnienie, a pisma GRAMY! oraz Lag zmarły w ciszy. Chciałbym napisać, że generalnie było całkiem nieźle, ale wciąż trwający, branżowy szitstorm zmusił mój optymizm do milczenia. I to pomimo dalszych sukcesów Humble Bundle i pokrewnych inicjatyw, planów uczynienia Windowsa 10 przyjaznego graczom czy ponad 80 (w styczniu było 75) milionów aktywnych użytkowników Steama, dowodzących, że granie na pececie jednak nie umarło.

Co poza tym? Wydano dwa pierwsze półtomy Sagi o Katanie, w których istnienie część polskiego fandomu wciąż nie chce uwierzyć, Pyrkon pobił kolejny rekord liczby uczestników, umacniając swą pozycję największego festiwalu fantastyki nad Wisłą, komiksowi Avengers przeszli potężną i różnie przyjętą metamorfozę, przy akompaniamencie jęków zawodu zakończyły się The True Blood oraz How I Met Your Mother, a pierwszy i nieostatni tom Kija w Dupie wyszedł na papierze. Oraz miało miejsce kilka setek innych wydarzeń wszelkiego pokroju i kalibru, których przypomnienie zajęłoby zdecydowanie za dużo czasu. Generalnie działo się i to bardzo dużo. Na mój skromny gust wręcz za dużo.

Blog i okolice

BoberLogo
Bobery górą!

Zeszły rok zamknąłem liczbą 75 tekstów, w tym zaś dorzuciłem do puli kolejnych 78 (wliczając w to dzień jutrzejszy, gdy za sprawą Karnawału Blogowego licznik dobije do 153). Przez ten czas odbyło się pięć kolejnych edycji Karnawału Graczy Blogerów (ktoś chętny do poprowadzenia następnej?) oraz jedenaście dwanaście edycji Karnawału Blogowego (okrągła dwunastka jutro wydanie trzynaste. Bober nie potrafi liczyć). Z którego jestem szczególnie dumny, bo dowiódł, że jednak umiem w regularność (comiesięczne zbieranie zacnych linków jest trudniejsze, niż mogłoby się wydawać). Lista najchętniej czytanych tekstów blogowych różni się w zależności od cytowanego źródła, więc mniejsza o nie. Mam za to pewność, że wyjście z growego grajdołka i pisanie również o filmach, serialach i literaturze okazało się słusznym posunięciem, patrz chociażby dyskusja pod obroną Ronana.

Co dalej? Powierzyłem blogaska Zenboxowi i porzuciłem Bloggera na rzecz WordPressa, zmieniłem skórkę bloga na prostszą i brzydszą oraz wziąłem udział w trzech blogowych wyzwaniach. Do tego zacząłem udzielać się na Twitterze oraz zwiększyłem aktywność na Twarzoksiążce (temu drugiemu przyklasnęło prawie 200 osób z nadmiarem wolnego czasu), postanowiłem wrzucać fajne obrazki na Tumblera oraz patrzeć, jak wiatr hula na moim askowym koncie, założonym w czasie ataku ostrej gorączki. W ramach szeroko pojętej promocji istnienie blogaska sygnalizowano w kilku Karnawałach Blogowych oraz przynajmniej trzy razy w czasie Myszmaszu, za co, mam nadzieję, redakcja nie wystawi mi kiedyś rachunku.

Najważniejsze zaś jest to, że zmontowałem full profeska logo, dumnie pełniącej obowiązki ilustracji dla tego wpisu. Które wstawiłem wszędzie, tylko nie na blogu i czort wie, kiedy to zrobię. Może przy kolejnej zmianie skórki, bardziej się do tego nadającej?

Co dalej?

Planów na przyszły rok mam niewiele. Ot, rozruszać zapomniane cykle blogowe oraz KGB, napisać kilka zaległych notek (pół roku jedna wisi w Limbo, co to jest!) oraz spróbować przeprosić się z regularnością oraz krótszymi formami (why not both?). Do tego – znowu! – zmienić skórkę na jakąś ładniejszą, co w moim przypadku nastąpi pewnie dzień po końcu świata oraz może pisać więcej na bardziej aktualne i palące tematy, czego za bardzo unikałem w tym roku. Słaba psychika, comfort zone i te sprawy, a przecie trzeba walczyć ze swoimi słabościami.

To z grubsza tyle. Na koniec pragnę podziękować wszystkim, którzy znajdowali i wciąż znajdują czas na przebijanie się przez moje przesadnie długie wypociny, a nawet skrobnięcie zdania albo dwóch komentarza. Dzięki Wam ten blog skończy w lutym dwa latka, chociaż wróżyłem mu znacznie krótszy żywot. Raz jeszcze dziękuję za Wasz czas, trzymajcie się ciepło i do przeczytania w przyszłym roku.