Przejdź do zawartości

Bober z optymizmem wypatrujący nowego roku.

Roku 2016 skromne podsumowanie

Reading Time: 6 minutes

Zabawne, jak szybko czas zaciera złe wspomnienia. Na przykład te związane z poprzednim rokiem.

2015 podsumowałem słowami:

2014 też nie oferował wyłącznie kwiatków i tęcz, lecz odnoszę wrażenie, że był on sielanką w porównaniu do 2015.

Jak dziwnie się je czyta pod koniec 2016, teoretycznie najgorszego roku tej dekady, a może nawet stulecia. Bo czym one się różnią? Tu i tu gwiazdy gasły. Tu i tu dochodziło do tragedii i zamachów. Tu i tu trwała wojna w Syrii. Kończący się rok był gorszy jedynie z powodu nasilenia negatywnych zjawisk. Wtedy żegnałem z imienia i nazwiska siedem osób. Teraz mógłbym wymienić ich ponad czterdzieści.

Nie wiem tylko, czy miałoby to sens. Z trzech powodów. Raz, że w pewnym momencie lista ta przestałaby wywoływać emocje. Jest zwyczajnie zbyt długa. Dwa, że kto poza polskim fandomem RPG kojarzyłby Macieja Sabata? Jak wielu kinomanów znało Buda Spencera? George’a Michaela opłakiwano po obu stronach Atlantyku, ale o zgonie Petera Burnsa (You spin me round, anyone?) dowiedziałem się przy okazji. Jeśli ktoś był fanem i / lub przyjacielem, to pewnie dawno wyraził swój żal z powodu zgonu, a pozostałych i tak on nie obejdzie. Wreszcie trzy, że nie chciałbym kończyć tego roku negatywnym akcentem. Nie po miesiącach czytania o kolejnych śmierciach, katastrofach, aferach czy wyborach prezydenckich w US and A.

Problem polega na tym, że chociaż prywatnie rok uważam za bardzo udany, tak w notatkach do tego wpisu zebrałem bardzo mało pozytywów. Widać i mi udzieliła się atmosfera #fuck2016. Nie zdziwcie się więc, jeśli o wielu z nich nie słyszeliście, albo nie uznacie ich za istotne.

Filmowo

Pierwszy kwartał roku zaskoczył nas śmiercią memu. Oto po 22 latach od pierwszej nominacji i łącznie sześciu podejściach, Leonardo DiCaprio wreszcie wygrał Oscara. Bardziej za całokształt, niż rolę w Zjawie (która z książką ma bardzo mało wspólnego, ale o tym może innym razem), lecz wciąż zasłużenie.

Mniej więcej w tym samym czasie Deadpool okazał się drugim najlepiej zarabiającym filmem z kategorią R w dziejach, zaraz po Pasji. Trapiona wieloma problemami produkcja nie tylko wprowadziła nieco świeżości do trochę skostniałego świata superbohaterów, ale również udowodniła, że także poza kategorią PG-13 można znaleźć ciężarówki z pieniędzmi. W efekcie ten i ów reżyser zaczęli przebąkiwać o podniesieniu ograniczeń wiekowych w swoich produkcjach. Gwarantem lepszego kina to to nie jest, ale otwiera sporo nowych możliwości.

A propos kategorii R, to około po pół roku po Deadpoolu polską premierę miało Sausage Party, pierwsza mainstreamowa animacja 3D przeznaczona wyłącznie dla dorosłych.

W okolicach kwietnia do kin zawitał Hardcore Henry, w praktyce Let’s Play z dowolnego, współczesnego FPSa przeniesiony do kina. Pełen akcji, miejscami mdlący dowód na to, że perspektywa pierwszoosobowa w kinie raczej się nie sprawdzi. VR w obecnej formie prawdopodobnie też nie. Z drugie strony to wciąż interesujący eksperyment i świetny pokaz umiejętności kaskaderskich, możliwy do obejrzenia w zwykłym kinie, miast na jakimś festiwalu filmów eksperymentalnych.

Dla odmiany w połowie listopada w polskich kinach pojawiło się Arrival. Niemal pozbawiona wybuchów, inteligentna produkcja na temat pierwszego kontaktu z pozaziemską cywilizacją. Miesiąc później sporą niespodzianką okazało się Rogue One, który pokazał nam brudną i ponurą stronę gwiezdnowojennego konfliktu między Imperium i Rebelią.

Growo

2016 był dla gier wyjątkowo dobry. Dostaliśmy w nim Battlefielda w klimatach pierwszej światówki. Z prawdziwą Wielką Wojną wspólne ma głównie dekoracje, ale daje nadzieję na porzucenie współczesności i niedalekiej przyszłości jako głównych realiów wysokobudżetowych strzelanek. Nowy DOOM okazał się nie tylko świetną grą, ale również – co jest znacznie ważniejsze – godnym spadkobiercą pradziadka FPSów. Overwatch zawładnął sercami i umysłami milionów, epizodyczny Hitman okazał się znacznie lepszy, niż się obawiano, Legion wlał nowe siły w World of Warcraft, a Stardew Valley wreszcie dało nam Harvest Moon na peceta. A to jedynie wierzchołek góry lodowej zbudowanej m.in. z Final Fantasy XV, Pokemon Sun oraz Moon, Firewatch, X-COM 2, Uncharted 4, Dark Souls 3, The Witness (nie lubię, ale fani puzzli chwalą), Enter the Gungeon, Inside, Oxenfree, Watch_Dogs 2 czy SUPERHOT. Nie ważne, czy jest się miłośnikiem AAA czy indorów, rok 2016 dostarczył mnóstwo dobra. Oraz zabił kilka memów o grach w wiecznej produkcji, patrz The Last Guardian oraz FF XV.

Jednak niekwestionowanym zwycięzcą tego roku w kategorii gierkowej okazało się Pokemon Go. Można dyskutować na temat jakości samej gry, jednak bezsprzecznie stała się ona fenomenem na skalę światową. Każdego dnia internet obiegały historie o znajdowanych przypadkiem rozkładających się ciałach, trenerach przemierzających obóz w Auschwitz czy korkach ulicznych z powodu pojawienia się rzadkich stworków. Pokemony pomagały w rozwoju drobnym przedsiębiorcom, zachęciły masę ludzi do spacerów, socjalizacji i chodzenia spać zbyt późną godziną oraz dały solidnego kopniaka akcjom Nintendo. Którego wydany pod koniec roku Super Mario Run w ciągu trzech dni od premiery pobrany został 37 milionów razy, dowodząc, że firma wciąż jest silnym graczem na rynku.

Rok 2016 przyniósł również kilka interesujących zapowiedzi, z Nintendo Switch na czele. Tak, urządzenie nie będzie tak mocne jak konsole Microsoftu i Sony. Będzie jednak oferowało coś znacznie lepszego – modułowość. Możliwość łatwego grania zarówno na kanapie, jak i w terenie, na dużym i małym ekranie, samotnie albo ze znajomymi. Jeśli pomysł wypali, możemy być świadkami drugiego przyjścia Wii.

Za to na bank czeka nas wielki powrót Hideo Kojimy, który pod skrzydłami Sony rozkwita. Póki co ciężko powiedzieć czym i o czym będzie Death Stranding, ale udział w projekcie Reedusa, del Toro oraz Mikkelsena napawa optymizmem. Zresztą nie jest istotne, czym i o czym będzie to gra. Samo nazwisko twórcy sugeruje produkt co najmniej interesujący.

Chińskobajkowo

Które z tegorocznych dziesiątków serii było dobrych, to sprawa indywidualna. Sam polubiłem co najmniej dwie, które spora część internetów uznała za nudne albo guilty pleasure. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że w tym roku dostaliśmy animca, któremu udało się zrobić to, co kiedyś Pokemonom, Dragon Ball czy Naruto – przebić do szerszej publiki. Przebić na tyle mocno, że oglądały go osoby na co dzień zupełnie niezainteresowane chińskimi bajkami. Mam na myśli serial o łyżwiarzach i nieco kłamliwym tytule (wink wink), czyli Yuri!!! on Ice. Tworzona przy współudziale emerytowanego łyżwiarza, Kenji Miyamoto, dwunastoodcinkowa historia była tematem największej liczby ćwierków wśród tegorocznych anime (o milion więcej od drugiego miejsca), otrzymała cameo w finale 20 sezonu South Park, a premiera ostatniego epizodu na pewien czas zabiła serwery Crunchyroll.

Blogowo i okołoblogowo

Po wielu trudach wreszcie udało mi się zamknąć mini-cykl o tym, jak Starcraft zmienił się na przestrzeni lat. Spore osiągnięcie, bo samo myślenie o drugiej części wpędza mnie w depresję. Inny mini-cykl, o książkach na bazie gier, doczekał się póki co tylko trzech odsłon, ale biorąc pod uwagę zawartość biblioteczki na bank jeszcze do niego wrócę. Poza tym blog skończył trzy latka, stał się ofiarą eksperymentów z tytułami notek oraz cotygodniowymi wpisami – który to pomysł padł z różnych powodów, ale dopiero po paru miesiącach, więc profit – jak również przetrwał nawałnicę ludzi urażonych, że nie oglądam i nie mam zamiaru oglądać Gry o Tron. No i przyszło mu złapać zadyszkę akurat w połowie analizowania kolejnych serialowych składowych DCAU. Odliczając Karnawały – do których raczej nie wrócę – wpisów powstało koło dwudziestu pięciu, ale były długie, szczegółowe, ilość < jakość i z większości wciąż jestem zadowolony, więc ponownie profit.

Blog przetrwał również dwie dłuższe przerwy, na początku oraz pod koniec roku. Czy przetrwa kolejne, to rzecz niepewna. Stukanie w klawisze to fajna sprawa, ale moje wodolejstwo wymaga znacznych nakładów czasowych. Mam jednak kilka pomysłów na zmiany (może nowy motyw?) oraz powoli oswajam się z krótszą formą, więc kto wie, może w nadchodzącym roku będę bardziej aktywny blogowo. Nie miałbym nic przeciwko.

Poza tym zmieniłem żeremie, wymieniłem stareńkiego peceta na potwora godnego PC Master Race, zmieniłem pracę, wreszcie wiem, co chcę w życiu robić, zacząłem bawić się w podcastera, z pełnometrażowych filmów przerzuciłem się na sezonowe animacje z obu stron Pacyfiku, wróciłem do mang i anime, zainteresowałem się light novels oraz przygarnąłem dwa koty. W porównaniu z zeszłym rokiem różnica jest kolosalna, jak między siłą ognia katapulty i T-34. Głównie dlatego ciężko jest mi uznać 2016 za koniec świata. Z mojej perspektywy to bardzo dobry rok był i liczę na to, że kolejny będzie jeszcze lepszy.

Jak co roku dzięki wszystkim, którzy odwiedzali bloga i / lub jego fanpejdż i do przeczytania w 2017.