Przejdź do zawartości

Wpis zdobi fragment okładki tomu 3, gdyż okładka tomu 1 nie nadaje się do sensownych wycinanek.

Akademia Duchów

„Cóż chcecie przeczytać?”, spytał Bober ludu komciującego internetów, pragnąc dla odmiany napisać o czymś innym, aniżeli o grach. „O komiksie, komiksie!”, odparł lud. Zatem zgodnie z życzeniem dzisiejsza notka poświęcona jest pewnej zacnej historii obrazkowej. Na podstawie gry.

Może zacznijmy od rzeczy teoretycznie oczywistej – Starcraft: Ghost Academy, bo o nim będzie dziś mowa, to komiks osadzony w bardzo konkretnych realiach, którego autorzy wychodzą z założenia, że nie muszą ich czytelnikowi przybliżać. Stąd w środku znajdzie się informacja, kim są tytułowi psionicy-uberkomandosi, kto kieruje totalitarnym Dominium i dlaczego zergowie do spółki z protossami są źli. Jeśli jednak ktoś nie wie, co stało się na Tarsonis, dlaczego masakra i co jest w niej takiego specjalnego, to prawdopodobnie poczuje się w czasie lektury delikatnie zagubiony. Nie na tyle, by odłożyć komiks na bok, gdyż autorzy czerpali ze świata dość oszczędnie i opierali się głównie na dobrze znanych albo łatwych do zrozumienia bądź domyślenia się motywach, jednak nie zdziwię się, jeśli ten czy ów czytelnik zada Google kilka pytań albo przegrzebie stosowną wikię. Z drugiej strony czego innego można się spodziewać po komiksie ze słówkiem Starcraft w tytule? Pretensje o bycie nieprzystępnymi dla początkujących jest jak sarkanie, że książki z uniwersum Warhammera 40K nie raczą wyjaśnić, czym jest ten cały Chaos i dlaczego Imperator zasiada na Złotym Tronie. Zresztą Akademia nie jest pierwszym komiksem osadzonym w tych realiach, mamy bowiem również osiem tomów publikowanego przez DC Starcraft Comic (czy też po prostu Starcraft), cztery części Frontline czy mający premierę w 2013 webkomiks Hope and Vengeance

Co gorsza, fani gry też nie mają tu za bardzo czego szukać. W tym znaczeniu, że nie dowiedzą się zbyt wielu nowych rzeczy o ukochanym świecie, któremu do pełni szczęścia brakuje już tylko serialu animowanego i filmu kinowego, nie licząc drobiazgów w rodzaju dziesięciostopniowej skali mocy psioników (i samych mocy, o czym później) czy fakcie, że ludzkość posiada na tyle szeroką wiedzę o funkcjonowaniu ludzkiego mózgu, że może przeprowadzać (dość bolesne) operacje czyszczenia pamięci. Padnie również kilka słów na temat funkcjonowaniu systemu politycznego Dominium czy wielkości państwa, parę propagandowych hasełek na temat jego przeszłości oraz słówko czy dwa z żargonu psioników, ale cała reszta to standardowi marines w swoich standardowych pancerzach, standardowy battlecruiser z jeszcze bardziej standardową atomówką, standardowy aparat represji na służbie u imperatora Mengska i standardowe Duchy. Znaczy ich młodsze wersje, patrz tytuł.

Pamiętacie skasowany[1] wieki temu projekt Starcraft: Ghost, blizzardowską skradanko-strzelankę z widokiem trzecioosobowym, której akcja miała się toczyć gdzieś pomiędzy Brood War Wings of Liberty? Otóż Akademia stanowi prequel do tej i (prawdopodobnie, nie miałem ich w ręku) paru innych, książkowych historii, przedstawiając kulisy szkolenia Novy, najlepszego z najlepszych Ducha na żołdzie Dominium. Szkolenia nie tak dramatycznego, jak mogłoby się z początku wydawać, biorąc pod uwagę czas, miejsce, fundatora i produkt końcowy, w większości przypadków pozbawione emocji indywiduum z twarzą ukrytą pod maską. Po prawdzie to byłem zdziwiony, że placówka trenująca bezwzględnych zabójców w kombinezonach maskujących, do zadań których należy infiltracja, cicha eliminacja wyznaczonych celów i naprowadzanie głowic termojądrowych, przypomina dowolną szkołę średnią, jeno w kosmosie, ze ściślejszą kontrolą nad podopiecznymi i urządzeniami zakłócającymi fale mózgowe na każdym rogu. Co ma swoje uzasadnienie w fabule, służąc jako narzędzie propagandy przeciw paru zbyt wysoko unoszącym głowy opozycjonistom, mających czelność porównywać nowy, światły porządek z wcześniejszą brutalną i opresyjną dyktaturą, ale jest takie mało starcraftowe, jeśli wiecie, co mam na myśli. Zbyt… zwyczajne, jak cyberpunk bez powszechnie dostępnego internetu i wszczepów. Niby wszystko na swoim miejscu, ale podczas lektury wciąż towarzyszyło mi uczucie, że to jednak powinno wyglądać trochę inaczej, ostrzej.

Opowieść? Szkolna, przyobleczona w ciemne kolorki. Mamy bohaterkę o tragicznej przeszłości, co to nie potrafi działać w zróżnicowanym charakterowo zespole, konkurentkę zazdroszczącą wysokich wyników, bawidamka i buca, co to na uczelnię dostał się dzięki protekcji ojca siedzącego na wysokim, rządowym stanowisku, szczeniacki, nieszczęśliwy romans i tak dalej. Główna różnica w stosunku do dowolnego innego, uczelnianego komiksu jest taka, że miast matematyki uczniowie ćwiczą strzelanie ostrą amunicją i ciskaniem przeciwnikami po ścianach, ich korespondencja jest ściśle filtrowana, a w razie potrzeby władze nie wahają się przed zastosowaniem drastycznych, chociaż cichych metod. Co akurat poczytuję Akademii na duży plus, bo zawsze traktowałem świat Starcrafta jako niezbyt przyjemne, chociaż nie w groteskowy sposób, miejsce, gdzie żyć można i to całkiem nieźle, ale jak już się wpadnie w guano, to zazwyczaj po uszy. W końcu to tutaj mamy zergów masakrujących miliardowe populacje ludzkich planet i protossów, co w walce z kosmiczną zarazą nie wahają się przed zamienieniem skażonego świata w kulkę magmy za pomocą bombardowania orbitalnego.

Widać to szczególnie wyraźnie w czasie walk na pięści i broń palną, jak również stanowiących lwią część tomu trzeciego bitwach, podczas których musiałem co jakiś czas sprawdzać, czy aby nie czytam Hellsinga[2], takie były krwawe i makabryczne. Wyrywane kończyny, odgryzane głowy czy żołnierze masakrowani wewnątrz pancerzy, po których zostają tylko nieśmiertelnik, pośmiertny wytrzeszcz oraz stosik zwłok zergów to tutaj standard. Niektóre sceny oddano z na tyle niepokojącą, anatomiczną precyzją, że to chyba dobrze, iż całość jest czarno-biała, jeśli nie liczyć okładek.

Skoro mowa o kolorach – nie wiem, czy zorientowaliście się po załączonych obrazkach, ale Akademia to manga. Trzy (były plany na więcej, ale na planach się skończyło) zeszyty po pięć rozdziałów każdy, łącznie koło 360 stron obrazków, których styl na skali Europa-Azja umieściłbym gdzieś na środku. Z jednej strony mamy przywodzącą skojarzenia ze Wschodem kreskę, charakterystyczny sposób rysowania walk i pobojowisk oraz czasem kreskówkową mimikę, z drugiej zaś odpowiednie proporcje ciał, zupełnie niemangowe twarze, brak oczu wielkości lotniskowców oraz realistyczne ruchy bohaterów. No i czytanie od lewej do prawej. Czy wygląda to dobrze? Wygląda, nawet bardzo, zwłaszcza kiedy w kadrze pojawiają się pancerze wspomagane, skomplikowane urządzenia albo olbrzymie pojazdy. Ręcznie rysowany battlecruiser masakrujący zergów seriami z działek laserowych – mniam. Czy pasuje do Starcrafta? No idea. Purysta zapewne powie, że ni cholery, bo manga wywołuje pewne konkretne skojarzenia, ale w żadnym momencie lektury nie powiedziałem sobie „czort, dlaczego to nie może być coś bardziej europejskiego?”, więc chyba nie jest tak źle. Z drugiej strony ja jestem (pop)kulturowo tolerancyjny zwierzak, więc na moją opinię trzeba patrzeć z lekkim przymrużeniem oka.

Ok, siódmy akapit się pisze, a ja wciąż nie wyjaśniłem, dlaczego uważam komiks za zacny. Bo wcześniejsze osiemset słów z hakiem raczej tego nie dowodzi. No więc dlaczego? Ano dlatego, że mówimy tu o dobrze wyglądającej, porządnie napisanej, bardzo nastrojowej i w paru miejscach nawet zaskakującej, chociaż urwanej w najlepszym momencie, historii[3], osadzonej w klimatach bardzo lubianej przeze mnie gry (mowa o jedynce, ale Heart of the Swarm również było niezłe). Komiksie, który, mimo stawianych przez świat trudności, nie cacka się ze swoimi bohaterami i tworzy ładny fundament – a przynajmniej jego część – pod pojawienie się Novy w Wings of Liberty i jej związek z czarnoskórym voodoo psionikiem, Gabrielem Toshem. Bo nawet czytając go nocną porą obok myśli „jeszcze dwadzieścia stron i do wyra” siedziała jeszcze „ciekawe, co będzie dalej”, do czego walnie przyczynił się główny wątek tomów 2 i 3. I zupełnie mi nie przeszkadzały momentami ostro przegięte moce postaci (Nova, psionik o potencjalne 10 na 10 i jej chwilowy romans z formą super saiyana czy łysy Jezus-technopata [telepata majstrujący przy maszynach], wskrzeszający martwego battlecruisera po nawiązaniu mentalnego kontaktu z komputerem pokładowym), pasujące do świata jak pięść do nosa i przywodzące skojarzenia z Clone Wars Genndy’ego Tartakovsky’ego. To zresztą jest generalnie problem poszerzonych uniwersów – po dziesiątej książce, drugim sezonie serialu i czternastej grze ciężko zachować ich spójność, nawet jeśli, wzorem Blizzarda, traktuje się kanon dość luźno i nie waha skorzystać z mocy retconu.

Kwestia „czy warto po to sięgnąć?” w dużej mierze zależy od oczekiwań. Ktoś chce dużo nowych informacji o sektorze Koprulu? To raczej nie tutaj. Poznać go od zera? Już lepiej, ale zapewne znalazłyby się lepsze sposoby, z zagraniem w Starcrafta na czele. Poczytać zacnie narysowaną i sprawnie poprowadzoną opowieść o kulisach szkolenia superkomandosów, której przypadkiem zdarzyło się rozgrywać w uniwersum pewnej znanej gry wideo? Oto właściwy adres. Jak większość dzieł z nazwą znanej marki w tytule nie jest to komiks wybitny, ale trzyma niezły poziom i choćby z tego powodu warto dać mu szansę.

Zdarzyło ci się przeczytać ten komiks i chcesz o nim pogadać? Może tutaj?

 

Przypisum:

[1] Formalnie ” zawieszonym na czas nieokreślony”, ale to jedno i to samo.

[2] Osoby bardziej obeznane z tematem proszę o wybaczenie, ale moja znajomość mangi jest, mówiąc bardzo delikatnie, ograniczona.

[3] Podejrzewam, że gdyby wyszły pozostałe części, to tytuł tej notki byłby zdecydowanie bardziej adekwatny do treści. Jeśli wiecie, co mam na myśli.