Przejdź do zawartości

Starship Troopers: Inwazja

Czyli o animowanej wersji Żołnierzy Kosmosu, niespełnionej nadziei na poprawę jakości marki słów kilkaset. 

Na początek małe sprostowanie poprzedniej notki. Komentujący ją niejaki Thomas Ufnal Crowlake ze Strefy Forumowych RPG słusznie zauważył, że drugi akapit, a dokładniej drugie zdanie tegoż akapitu, jest troszkę bez sensu, gdy się spojrzy na przykłady różnych dzieł SF. Bo przecież w tym gatunku występują duże roboty (Mechwarrior), mistycyzm (Diuna) i robale (Żołnierze Kosmosu). Ot, efekty wybiegania myślą zbyt daleko do przodu. Bo pisząc „SF pełną gębą” miałem na myśli hard SF i pokrewne, gdzie odsetek naleciałości elementów typowych dla fantasy, takich jak magia czy starożytni bogowie (o robalach i robotach możemy podyskutować), jest niewielki bądź zerowy.

A skoro o robalach mowa – kocham Żołnierzy Kosmosu. Jedynkę, bo kolejne części to wstyd dla marki i dowód na to, że nawet najfajniejszy pomysł można koncertowo spartolić bezsensownym scenariuszem i drętwą grą aktorską, doprawionymi słabymi efektami specjalnymi. Nawet walki z legionami arachnidów straciły swój polot i brutalność. To tak, jakbyście kręcili filmy z piraniami i tylko w pierwszym użyli piranii. Cykl dobijały dodatkowo średnie i bardzo słabe gry komputerowe, o których chyba mało kto już pamięta.

I tak to trwało do zeszłego roku, gdy dotarły do mnie pierwsze informacje na temat Inwazji, tworzonej wspólnymi siłami przez Amerykanów i Japończyków animacji na temat dużych chłopców i dziewczynek strzelających do jeszcze większych robali. Trailery, grafiki koncepcyjne oraz skrót fabuły wlały w moje serce nieco optymizmu. Mówiłem sobie: „Może marka nie jest skazana jedynie na marne filmidła? Może da się ją jeszcze uratować, tchnąć w nią nowego ducha?

Warto zaznaczyć, że Inwazja nie jest pierwszą próbą opowiedzenia historii wojny z robalami z aktorami sprowadzonymi do roli podkładaczy głosów. Wcześniej, bo w roku 1999, pojawiło się Roughnecks, trzydziestosześcioodcinkowa seria, której w wielu miejscach bliżej było do książkowego oryginału niż wizji Verhoevena (nomen omen producenta). Ale świat idzie do przodu, animacja się zestarzała (chociaż fabuła wciąż daje radę) i nikt nie był w stanie zrobić dobrego filmu o Żołnierzach, więc zdecydowano się znów sięgnąć po komputery. Tak powstał film zbierający dość niskie oceny na rozmaitych serwisach (5.8 na IMD, 6.5 na Filmwebie, 47% na Rotten Tomatoes). Na własne zresztą życzenie.

Wywiad Federacji ostrzega: tekst zawiera spoilery.

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku

Starship Troopers Invasion okładka
A miało być tak pięknie…

O fabule nie ma co się rozpisywać, bo nie wychodzi poza typowe motywy kina SF. Mamy tajny projekt badawczy Federacji, grupkę żołnierzy z zadaniem odbicia opanowanego przez robale statku kosmicznego, weterana wysłanego na ostatnią misję i mały romans w tle. Standardowe chwyty i pomysły, których rozgryzienie zajmie góra pół minuty. Ale kino sztampą stoi i kluczem do sukcesu jest jej solidne albo nietypowe zaprezentowanie. W Inwazji bywa z tym różnie.

Film zasadniczo dzieli się na dwie części. Pierwsze pół godziny to zaprezentowanie oddziału, jego wyposażenia i uzbrojenia, sposobu bycia oraz stosunków między żołnierzami. Jest tu kilka chaotycznie posklejanych z sobą scen, ciche (napisy obowiązkowe), trochę nieporadne dialogi, przede wszystkim zaś parę interesujących detali (sposób honorowania zmarłych, pojedynek na pięści, podejście do kwestii wstydu) i nasionka ciekawych wątków pobocznych. Ideał to to nie jest, ale daje nadzieję na ciekawy ciąg dalszy. Bo może scenarzyści dobrze wykorzystają to, co już widz widział? Uwypuklą co ciekawsze charaktery? Ale nadzieja matka głupich, bo kolejna godzina sprowadzona została do łażenia po okręcie, strzelania, tłuczenia robali i wzajemnego ratowania się. I coraz to większego trwonienia filmowego potencjału.

Widzicie, nie jest dla mnie problemem wybić tak z 3/4 marines, co to w zbyt małej liczbie włażą do paszczy lwa. To są Żołnierze, tutaj piechota ginie na potęgę, nawet tak dobrze wyszkolona i uzbrojona, jak w Inwazji. Jeśli jednak miałbym kogoś odstrzelić, to byliby to wszyscy statyści bez twarzy, imienia i głosu. Te bandy NPC pałętające się wraz z głównymi bohaterami i służące jako wsparcie. Ja wiem, że konwencja i tak dalej, że w drugim Obcym (a tym bardziej pierwszym filmie z robalami) się nie patyczkowano, ale irytuje mnie i czuję się oszukany, gdy całkiem interesującego bohatera, którego zaczynam darzyć sympatią, ubija się gdzieś poza kadrem i potem pokazuje mi jego okrwawione zwłoki. Koniec końców przyniosło to bardzo fajną, dramatyczną scenę, ale jej fajność przysłaniała mi irytacja na scenarzystę, który mógł zrobić to samo, tylko lepiej. Bo nieodpowiednio wykorzystana śmierć to zwykłe marnotrawstwo czasu antenowego, poświęconego na budowanie postaci.

Tym bardziej szkoda, bo zaprezentowano mi szeroki wachlarz zróżnicowanych bohaterów. Stereotypowych (religijny typek, kobieta snajper, mięśniak-dowcipniś, bohater z krwi i kości), ale wyrazistych i dających się lubić. Żeby ich wybito w jakiś zapadający w pamięć sposób, to pewnie bym się nie czepiał, ale większość ginie ot tak, jakby się w ogóle nie liczyli i ich wcześniejsza prezentacja nic nie znaczyła. Nawet nietypowa scena, w której jeden z robali zostaje pokonany z pomocą wschodnich sztuk walki zostaje zepsuta w dwie sekundy później, gdy akurat przechodzący nieopodal inny robal bez większego wysiłku przebija na wylot karatekę. Pojawił się, zabił, poszedł dalej, kolejna scena. Świetnie komponuje się z późniejszym momentem śmierci jednego z oficerów. Zero śladów krwi albo ran po ciosach robala. Facet nieruchomo klęczał, a potem się przewrócił. O tyle dobrze, że stojąca obok kapitan oddała mu honory, zamiast od razu przejść do kolejnej sceny.

Starship Troopers Invasion w akcji
Mało czytelne, ale w ruchu prezentuje się znacznie lepiej.

Filmweb podpowiada mi, że scenarzysta był jeden. Patrząc na efekty jego pracy odnoszę wrażenie, że co kilka scen wpadał na Genialny Pomysł i koniecznie musiał go zastosować. Albo też jakaś uczynna osoba podsuwała mu złe propozycje. Dowodem ostatnie minuty filmu, gdzie nie dość, że pojawia się kilka rzeczy z tyłka wziętych (czytaj istniejących tylko w domyśle, będących daleką konsekwencją jednego zdania rzuconego w czwartej sekundzie ujęcia trzydziestego trzeciego), to jeszcze akcja zmienia się w serię scen: „kto kogo będzie teraz ratował”. Raz czy drugi jest to do zniesienia. Przy trzecim zaczynam się zastanawiać, czemu marnuję czas, który mogłem przeznaczyć na coś bardziej pożytecznego. Na przykład sen.

Co ważne, w filmie występuje trzech kanonicznych bohaterów ze świata Żołnierzy – obdarzony kamienną twarzą generał Rico, kapitan „mój statek jest najważniejszy” Carmen oraz psionik i minister o stanowisku wysokim a ważnym, Carl Jenkins. Postacie, które teoretycznie nie są pierwszoplanowe, ale prędko spychają w cień całą resztę. W końcu kto ma przetrwać, jak nie oni, bohaterowie Federacji, nietykalni ze względu na plot? Jedna trzecia seansu przeznaczona na prezentację bohaterów została wywalona do kosza, by, zgodnie z regułą fanfików, na piedestale umieścić ulubione postacie scenarzysty. Ewentualnie uznano, że dobry fanserwis nie jest zły i trzeba czymś zadowolić wiernych fanów marki. Tylko, że nawet oni mogą kręcić nosem na to, że Carmen zachowuje się bardziej nerwowo niż w filmie, Carl jest aroganckim dupkiem, a Rico sprawia wrażenie, jakby amerykańskość wyssał z mlekiem matki.

Słyszałem, że macie problem z robalami

Starship Troopers Invasion postacie
Widać, że Japończycy robili. Nie, nie chodzi mi o napisy.

Strona fabularna filmu, nawet jak na standardy survival horrorów, nie powala. A szkoda, bo technicznie stoi on na całkiem wysokim poziomie. Co prawda postaciom przydałoby się kilka wyrazów twarzy więcej, a robalom obniżenie prędkości tak o połowę, bo pędzą jak małe wyścigówki, ale pełne szczegółów wnętrza okrętów czy pancerze wynagradzają te błędy z nawiązką. W zasadzie gdyby jeszcze bardziej ograniczyć prezentację bohaterów, nie bawić się w dodatkowe wątki i skupić tylko i wyłącznie na jatce w kosmosie, to film miałby szansę się wybronić. Byłby płaski i pusty, ale czy ktoś wymaga filozoficznych rozważań od Niezniszczalnych?

Niektórzy mogą się czepić animepodobnego wyglądu bohaterów, ale muszą pamiętać, że to jest film w części produkcji japońskiej, a w tamtej części świata dominuje specyficzny styl. Może gryźć po oczach, wymuszać skojarzenia z Advent Children czy jRPG-ami, ale zły na pewno nie jest. Chociaż widok słodkiej twarzyczki najlepszego snajpera w tej części galaktyki, jakby wyciętej wprost z którejś z nowszych części Final Fantasy może budzić śmiech.

Jak snajper, to i sceny akcji. Tutaj mam bardzo mieszane uczucia. Może to nocna pora tak na mnie wpływała, ale zabrakło mi w nich dynamiki. Absurdalnie przyspieszone robale (przed którymi Rico i tak zwiał, korzystając tylko z własnych nóg) plus żałośnie nieskuteczna broń (co jest akurat bardzo dziwne, biorąc pod uwagę wyraźnie widoczny skok technologiczny w stosunku do pierwszego filmu) i jakoś tak sztucznie umierający żołnierze sprawili, że częściej zerkałem na zegarek, niż na pole walki. Winą obarczyłbym zbyt małą różnorodność. Jeden typ arachnida na godzinę walki (bo w filmie są łącznie trzy odmiany), niemal identyczne warunki wzajemnego wybijania się (wszystkie walki mogłyby się toczyć w jednym miejscu, nikomu nie robiłoby to różnicy), wyjątkowo rzadko używane granaty czy wmontowane w pancerze żołnierzy dodatki i usprawnienia (tryb sneak, buty magnetyczne, system dalekiego skoku itp) to doskonały sposób na zanudzenie widza. Tymczasem w pierwszym filmie byli przeciwnicy mali, duzi, gigantyczni i latający, karabiny, strzelby i wyrzutnie rakiet z mini głowicami atomowymi, bombardowania, desanty z orbity, walki w tunelach, obrona fortu i wiele więcej. A i ludzie jakoś tak efektowniej umierali, rozdzierani na kawałki albo paleni żywcem…

Flota lata, piechota umiera

Tak koniec końców nie wiem, czy komukolwiek polecać to coś. W każdej warstwie widzę olbrzymi, niewykorzystany potencjał, wołający o lepszego, bardziej ogarniętego scenarzystę. Nie wiem, czy zrobiono to specjalnie, czy też winna jest niewiedza, brak umiejętności albo inne jeszcze czynniki. Grunt, że powstał film do obejrzenia, przyswojenia paru ciekawszych scen i zapomnienia. Gorszy od jedynki, lepszy od dwójki oraz trójki. Co akurat wielkim wyczynem nie jest.

Piszę to jako wielki fan Żołnierzy, który potrafi wiele wybaczyć osobom grzebiącym przy tej marce. Nie wyszło, powodzenia następnym razem.

 

Wywiad Federacji twierdzi, że grafiki zostały wzięte z Filmwebu i otchłani Sieci.