Przejdź do zawartości
Grafika autorstwa jasrica.

Strażnica jeszcze długo pozostanie pusta

Postawmy sprawę jasno: w wielkiej wojnie DC kontra Marvel kinowe pole bitwy zostało dawno temu zdobyte i umocnione przez tego drugiego, a próby kontrataku są zazwyczaj mocne, ale zbyt rzadkie i nieskoordynowane, by uczynić przeciwnikowi jakąkolwiek krzywdę. Fakt to dla mnie smutny, bowiem pierwszymi superbohaterami, jakich polubiłem na etapie świadomego konsumowania (pop)kultury, był Batman do spółki z resztą Ligi Sprawiedliwych, która to organizacja jest o kilka lat starsza i zdecydowanie popularniejsza od Avengers. Do niedawna przynajmniej. Myśl, że zapewne nieprędko zobaczę film aktorski z ich grupowym udziałem – a zwłaszcza dobry film aktorski – napełnia me serce głębokim smutkiem.

A dlaczego nie zobaczę? Z kilku powodów.

W krainie rajtuzów Batman jest królem

Let’s face it – DC (do spółki z Warner Brothers, ale dla przejrzystości tekstu obie te firmy potraktuję jako jedną) nie potrafi sprzedać swoich postaci. Czasem nawet sprawia wrażenie, jakby nie chciało tego robić, czy to z powodu braku dobrych pomysłów, zmęczenia konkurencją albo wstydu, że zajmują się akurat wydawaniem komiksów. Czort ich wie. Od tej reguły istnieje jednak istotny wyjątek, czyli Gacek, stanowiący podstawę marketingu firmy w rejonach pozakomiksowych. Nie wierzycie? W takim razie odpowiedzcie na parę pytań:

  • Przygody którego z ikonicznych bohaterów DC zostały zekranizowane w ostatnich latach jako pierwsze, Batmana czy Supermana?
  • Które z nich rozrosły się do trylogii?
  • Przygody jakiej innej postaci okazały się tak denne, że nie rozrosną się do trylogii, a nawet dylogii, a kosztowały 200 milionów dolarów i przyniosły ledwo odrobinę większe zyski?
  • Przygody której postaci DC nie udaje się od lat zekranizować, mimo ciągłych nacisków ze strony fanów i obietnic, że tak, prace trwają, szuka się aktorów i wszystko jest na jak najlepszej drodze do sukcesu?
  • Jaka postać ma pojawić się w kontynuacji Man of Steel poza Supermanem, Lexem Luthorem, Wonder Woman oraz Alfredem?
  • O jaki komiks oparta ma być kontynuacja Man of Steel i kto jest jego głównym bohaterem?
  • Jaka postać pojawiła się w Lego: The Movie?
  • Oraz w wielu filmach i serialach animowanych, nawet jeśli jej obecność nie była wymagana?
  • Jakiej postaci poświęcono wielce udaną (poza trzecią częścią) trylogię gier wideo?
  • Animowane przygody której postaci uznawane są za jedną z najlepszych superbohaterskich animacji w historii?
  • Koszulkę z czyim symbolem nosi Paweł Tkaczyk?

Batman to główny koń pociągowy DC. Wonder Woman nie może doczekać się filmu o sobie. Green Lantern był finansową i artystyczną klapą, o której DC wolałoby prędko zapomnieć. Nikt nawet nie wspomina o ekranizacji przygód Aquamana, Marsjanina, Flasha albo dowolnej, mniej znanej postaci (Zielona Strzała wyjątkiem), chociaż w całej Justice League tkwi olbrzymi potencjał (tak, nawet w „posiadasz bezużyteczne moce” królu Atlantydy, patrz animacje). Chociaż nie, najszybszy człowiek świata ma się ponoć pojawić w Man of Steel 2, kontynuacji przygód Supermana/zaczątku Ligi Sprawiedliwych/okazji do pokazania mordobicia Supermana i Batmana/cholera wie, czym, bo firma średnio raz w miesiącu zmienia na ten temat zdanie. Czort, jednym z rozważanych tytułów tego filmu był Batman vs Superman. Kontynuacji historii Supermana! I tak, owszem, DC puściło w świat kilka gier ze swoimi postaciami, ale spójrzcie na ich okładki. Kto znajduje się na pierwszym planie? Batman, więcej Batmana i jeszcze więcej Batmana. W towarzystwie reszty wesołej gromadki, ale zwróćcie uwagę, kto jest bardziej wyeksponowany i na jak daleki plan bywał wyrzucany kosmita z S na piersi.

W czasach, gdy Marvel ma zamiar pokazać na ekranie gadającego szopa pracza z wielką spluwą i problemami z agresją, postać znaną w zasadzie tyko (niektórym) fanom komiksów i ich bliskim znajomy, DC nie jest w stanie odpuścić facetowi w stroju nietoperza, o którym słyszał chyba każdy, nawet totalny (pop)kulturowy newbie, którego kontakt z komiksem ograniczał się do Garfielda i Dilberta na ostatnich stronach prasy codziennej. I nie będzie w stanie, bo firma nie ma za grosz pomysłu, jak sprzedać cokolwiek innego w formie filmowej, czego dowodem są chociażby manewry wokół drugiego Man of Steel. Prowadzone tylko dlatego, że trzeba odpowiedzieć na ruchy Marvela, budującego wewnętrzne continuity między kilkoma filmami oraz minimum jednym serialem. Wiecie, którym. Co jest szczególnie smutne, gdy weźmie się pod uwagę dorobek DC w zakresie animacji. Damn, Wonder Woman doczekała się świetnego, rysunkowego filmu poświęconego jej osobie, ale jak przychodzi do aktorskich (i komiksów, bo te nigdy specjalnie dobrze się nie sprzedawały), to zaczynają się problemy. No chyba, że i tam wetkną netoperka bez rodziców, którego rolą byłoby udźwignąć cały film. Wtedy no problem, tu jest sto milionów dolarów, kręćcie. Tylko czy to wciąż będzie film o Wonder Woman, czy może już o Batmanie?

Baj de łej – zerknijcie na listę seriali animowanych mejd baj DC, lata 1988-2014. Kogo było tam najwięcej?

„Superbohaterowie to poważna sprawa”

PS: Wcale nie.

Co znajdzie przeciętny Kowalski po zajrzeniu do komiksów DC? Kosmitę ze zniszczonej planety, czerpiący moc z energii słonecznej i obawiający się zielonego kamyka. Ultrabogatego biznesmena przebierającego się za nietoperza i walczącego z klaunem w fioletowym garniturze. Galaktycznego policjanta tworzącego szmaragdowe czołgi dzięki sile swojej woli i energii z kosmicznej latarni. Latającą amazonkę w gorsecie z orłem i gwiazdami, tłukącą mityczne stwory z pomocą miecza, lassa i diademu. Pozbawionego poczucia humoru, potrafiącego przenikać przez ściany i wpływać na umysły, zmiennokształtnego Marsjanina. Zbielałego oficera wojsk USA, zdolnego manipulować energią atomową i jego kolegę, potrafiącego dowolnie zmieniać rozmiar. Współczesnego Robin Hooda w zielonym wdzianku, umawiającego się z miłośniczką skórzanych strojów i kabaretek, zarazem posiadaczką najbardziej niszczycielskiego krzyku na planecie. Liczną grupę kolorowych postaci, z tego czy innego powodu walczących z drugą, nie mniej kolorową grupą, mającą w swym składzie meksykańskiego zapaśnika na sterydach, naukowca w pancerzu wspomaganym własnej konstrukcji, kapitana nazistę i superinteligentnego goryla. Przeciętny Kowalski ma więc pełne prawo twierdzić, że to wszystko jakieś niepoważne banialuki i nie będzie daleki od prawdy. Nawet gdy mówimy o dziełach pokroju The Dark Knight Returns, gdzie Batman do spółki z Robin jedzie konno przez pozbawione prądu Gotham, ciągnąc za sobą członków gangu mutantów, a to wszystko w celu zaprowadzenia porządku w zanarchizowanym mieście.

Problem z komiksami superbohaterskimi jest taki, że nawet mając pod ręką najdojrzalszą możliwą historię ich autorzy wciąż muszą się liczyć z faktem, że ich bohaterami będą ludzie, mutanci i roboty w kolorowych fatałaszkach. Metaludzie z gatkami na wierzchu oraz striptizerki walczące w szpilkach. Wszelka próba opowiedzenia poważniackiej historii z taką obsadą jest obarczona znaczną szansą na niepowodzenie. Ubierzcie się jak luchador, stańcie na środku ruchliwej ulicy i zacznijcie deklamować Szekspira albo opowiadać o życiu i śmierci. Potem zróbcie to samo w bardziej stonowanym ubraniu. Szybko zauważycie różnicę. To jest jeden z powodów redesignu strojów na potrzeby filmów albo rebootów komiksów, co zresztą stało się w przypadku superbohaterskiego uniwersum DC. Zwróćcie uwagę, jak wygląda Batman w animacjach oraz trylogii Nolana. Albo dlaczego filmowy Thor nie nosi pożyczonego od Asteriksa hełmu ze skrzydełkami. Albo Hawkeye swojego fikuśnego mundurka. To trochę jak z grami wideo, mimo znacznych sukcesów w ostatnich latach wciąż borykających się z łatką czystej rozrywki i słabego medium do opowiadania złożonych historii.

Zdaję sobie przy tym sprawę, że DC może po prostu nie chcieć iść tropem Marvela i woli bawić się w dekonstrukcje mitów, odbrązawianie bohaterów i inne wielce mroczne i ponure zabiegi, zbyt często zestawiane ze słówkiem „dojrzały”, sprawiając przy tym wrażenie, że posiadany przez nich materiał to Bardzo Poważna Sprawa, do której muszą podejść z należytą ostrożnością (ufff). Jest to jakiś sposób na wyróżnienie się, ale powiedzcie mi, kto poza true fanami komiksów, zdolnymi w środku nocy wymienić wszystkie traumy Batmana uwierzy, że Liga Sprawiedliwych to rzeczywiście serious business, gdy spora część twórczości firmy, na czele z animacjami, zadaje kłam temu stwierdzeniu? A Marvel pokazuje, że można inaczej, a bycie superhero nie musi być, a nawet nie powinno być, ultrapoważne?

Nolanowski patos

Wybaczcie, musiałem.

Christopher ma swój styl, tego mu nie odmówię, a nawet chwalić będę, bo lubię twórców z wyraźną wizją, dobrych w tym, co robią. Jednak wszystkie filmy z jego nazwiskiem na liście płac, które miałem okazję oglądać, czyli trzy BatmanyIncepcję, cierpią na ten sam problem. Są zbyt poważne. Emocjonalnie szare, bure, utopione w patosie i momentami tak gritty, że nadinterpretowana Jesienna Gawęda to przy tym pikuś. W przypadku Incepcji nie przeszkadzało mi to jeszcze tak bardzo, ale Batman, wbrew obiegowej opinii, nie jest taki. A przynajmniej nie musi.

Kto oglądał Batman: The Animated Series, Justice League, The Dark Knight Returns albo Young Justice? Pamiętacie tamtego Batmana, skupionego na pracy ponuraka, najlepszego detektywa świata, któremu zdarzało się rzucić sarkastyczną uwagą, uśmiechnąć złośliwie, a nawet zaśpiewać ckliwą piosenkę? Pamiętacie Alfreda, Robina, Batwoman i resztę wesołego towarzystwa, ich przekomarzanki w Batcave albo w trakcie misji? Sceny z udziałem Catwoman? Odcinek TAS, gdzie schwytany przez Harley Batman śmieje się z jej Wielkiego Planu, a ona, przerażona takim obrotem sprawy, nie wie, co ma zrobić? Wiecie, te wszystkie momenty i działania nadające Gackowi rysy człowieczeństwa i charakteru, czyniące z niego kogoś więcej, niż owładniętego rządzą zemsty psychopatę z nadmiarem gotówki? Nolan najwyraźniej nie. Co nie byłoby jeszcze wielkim problemem, wszak Gacka można pokazać na dziesiątki sposobów, gdyby nie to, że w wielu miejscach przekraczał granicę, docierając do poziomu powagi tak wysokiej, że aż śmiesznej.

Uncanny valley to w dużym skrócie moment, gdy maszyna albo animacja wygląda tak ludzko, że aż nieludzko, wywołując negatywne reakcje. Tę samą regułę można podpiąć pod powagę. W pewnym momencie stężenie wypowiadanych z kamienną twarzą górnolotnych słów i ciężkich bzdur staje się tak wysokie, że wywołuje śmiech. Gracze Call of Duty oraz Battlefielda zapewne wiedzą, co mam na myśli. Cierpi na tym chociażby Dark Knight Rises. Wybaczcie, ale nie jestem w stanie uwierzyć, że w ultrarealistycznej trylogii, na która pozowały nolanowskie Batmany, cała policja Gotham zostaje uwięziona pod ziemią, regularnie karmiona, co by biedacy z głodu nie padli, a jakiś czas później szarżuje na uzbrojonych po zęby bandytów. Którzy wpierw dostają od mistrza gry karę do celności, strzelając atakującym pod nogi, a potem, po ubiciu ze czterech, dochodzą do wniosku, że broń palna jest dla lam i czas na rozwiązania konfesjonalne. To nie jest heroiczna scena, to niezamierzony dowcip, który wymknął się spod kontroli i nikt nie czuł się władny powiedzieć tego głośno.

Chcecie lepszego przykładu? Skazani na Shawshank. Jest tam scena bicia, a nawet kilka, jest nacisk psychiczny na głównego bohatera, jest wątek samobójstwa, braku nadziei na zmiany, sadystyczni strażnicy, naczelnik sukinsyn i jeszcze trochę podobnych. Ale jest również regularne wysyłanie próśb o wsparcie dla biblioteki, zakończone sceną „masz tu stos książek i weź się wreszcie odwal pan”, popijanie piwka na dachu w towarzystwie poważnych, milczących panów w mundurach, wypełnianie strażniczych zeznań podatkowych i puszczanie więźniom muzyki. Jest dużo powagi, ale jest też dużo humoru. Ludzi, a nie Deklamujących Bohaterów. I tak, wiem, że to wszystko kwestia nolanowskiej stylistyki, ale można było zrobić to inaczej. Lepiej. Ciekawiej. Bo nie, ultramroczny i realistyczny Batman nie jest ciekawy. Jak zresztą wszystko, co ultramroczne i realistyczne bez niezbędnego minimum dystansu do siebie, niezbędnego do uniknięcia przesadyzmu w dowolną stronę.

I nie, nie interesują mnie comic reliefy. Interesuje mnie odrobina dystansu twórcy do własnego dzieła i zdolność krytycznego spojrzenia na własną pracę. Interesują mnie bohaterowie zdolni się uśmiechnąć, albo przynajmniej wykrzywić twarz w udawanym uśmiechu. Tacy, bo ja wiem… ludzcy? To chyba nie jest takie trudne, ostatecznie nawet Riddickowi się udało. I o ile w przypadku ostatnich trzech Batmanów jestem w stanie zacisnąć zęby i udawać, że wszystko jest ok – bo to Batmany, a ja jestem fanem postaci, co poradzić? – tak Man of Steel ma u mnie wielkiego minusa za pójście dokładnie tą samą drogą. I teraz ma wyjść druga część, oparta o niezbyt wesoły komiks, tworzona przez faceta znanego z kręcenia niezbyt wesołych rzeczy. Co oznacza szarego, pozbawionego życia Supermana, szarą, pozbawioną życia Wonder Woman, szarego, pozbawionego życia Flasha (!?) i wreszcie szarą, pozbawioną życia Ligę Sprawiedliwych. Drugich Watchmen, tylko z gorzej dobraną obsadą. Nie chciałbym czegoś takiego i mam nadzieję, że nie dostanę. Nie po serialowej Lidze Sprawiedliwych, która pokazała, że można zrobić to inaczej. Lepiej.

„Nie chcemy, ale musimy”

Wybaczcie, chciałem.

Marvel po każdym filmie puszcza krótki teaser kolejnego. Marvel ciągnie i rozwija wątki między kolejnymi swoimi produkcjami. Marvel powoli wprowadził grupkę interesujących postaci, po czym zmiksował ją w jedną grupę. Marvel puścił w świat kilka hitów kasowych, z czego jeden przyniósł zyski z tak dużą liczbą zer, że dziś służy w charakterze przysłowiowej poprzeczki dla innych filmotwórców. Marvel udowodnił, że można stworzyć dochodowy film o superbohaterach, na który ciągnąć będą tłumy osób pierwotnie niezainteresowanych komiksami. Wielu z tych rzeczy nie wymyślił, ale nikogo to nie interesuje. Po Man of Steel miała być zapowiedź kolejnej części. Tak ustalił Marvel, tak ma być. Nie było? Beznadzieja, 1/10.

Widzicie, problemu by nie było, gdyby Marvel stanowił jedyną liczącą się firmę w branży komiksowej. Ale nie stanowi i jest to, paradoksalnie, olbrzymi problem dla DC. Właściciele praw do Batmana nie mogą zbagatelizować faktu, że produkty konkurencji szturmują kina, a fani ich komiksów po seansie Iron Mana mówią „Cholera, obejrzałbym tak dobry film o Supermanie. Albo Wonder Woman”. I nie chodzi tylko o kwestie finansowe, jakieś ruchy w obrębie bazy fanów i tak dalej, ale o prestiż. Konkurencja nie śpi. Konkurencja regularnie puszcza w świat coraz lepsze filmy, buduje z nich większe uniwersum, opowiada rozbudowaną historię i zarabia setki milionów dolarów na każdym. Nie wiem, czy DC spodziewało się takiego ruchu ze strony przeciwnika, ale podejrzewam, że sytuacja zastała firmę z opuszczonymi spodniami i teraz, chcąc, nie chcąc, musi podjąć walkę na warunkach dyktowanych przez przeciwnika. Dlatego produkcja Man of Steel to koncert plotek, niedomówień i co chwila poszerzanej obsady. Dlatego trzeba szybko puścić w świat Ligę Sprawiedliwych, bo to wstyd, że podrzędna grupa Mścicieli pojawiła się w kinach szybciej, osiągając niewyobrażalny wręcz sukces.

I dlatego mam obawy, czy to wszystko wypali. Tworzenie czegoś dlatego, że tak trzeba jest proszeniem się o katastrofę. Tak, Man of Steel 2 pewnie przyniesie krociowe zyski, nawet jeśli koniec końców okaże się słabszy od jedynki (którą wciąż trochę lubię, ale coraz mniej rozumiem, dlaczego), ale wciąż będzie oceniany przez pryzmat wytworów Marvela. I przegra z kretesem, jeśli Nolan i spółka nie staną na wysokości zadania. Jak jednak mają to zrobić, jeśli ich praca oparta jest na przymusie? „Musimy to zrobić, bo Marvel wyprzedza nas o dziesięć okrążeń, w wyścigu, w którym i tak nie chcieliśmy brać udziału, więc się proszę postarajcie, bo wiele od tego zależy”?  

„Liczby są przeciw nam”

Nie zepsujcie tego, nie zepsujcie tego, nie zepsujcie tego…

Przed wypuszczeniem w świat Avengers Marvel wyprodukował pięć filmów, opowiadających o czterech częściach składowych przyszłej drużyny. Z dwóch pozostałych jedna miała krótki występ w Thorze, a wraz z ostatnim niedobitkiem została wprowadzona w pierwszych minutach filmu. Widz wiedział, z kim ma do czynienia, więc dalsze wprowadzenia były niepotrzebne.

Ligę Sprawiedliwych założyło siedmiu bohaterów. Znaczy według zrebootowanego New 52, bo wcześniej to różnie bywało. Z tej ekipy kluczowe są trzy postacie: Superman, Batman i Wonder Woman. Ok, Flash i Zielony też są bardzo ważni, na pewno bardziej od Cyborga i Aquamana, ale chwilowo usuńmy ich z obrazka. Otrzymujemy 3 postacie, z których jednej nie trzeba przedstawiać, druga właśnie dostała swój film i czeka na kolejny i trzecią bez filmu. Fan komiksu wie, kto to jest, reszta niezbyt. Z myślą o tych ostatnich należałoby poświęcić trochę czasu na bliższe przedstawienie amazonki z lassem. I każdej kolejnej postaci, która miałaby się pojawić w Man of Steel 2. Także Lexa Luthora, bo występuje w kilku wersjach i dobrze byłoby wiedzieć, którą z nich właśnie widać na ekranie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że kolejny film od DC będzie klapą ze względu na przeładowanie nowymi dla publiki postaciami. Znaczy dla części publiki, bo fani komiksów i superbohaterów mają wszystko już obcykane. Ja się tylko obawiam o ilość czasu antenowego na głowę. Zwłaszcza kiedy wychodzi na to, że nowy film z Supermanem miałby być jednocześnie zaczątkiem filmowej Ligi Sprawiedliwych. Kontynuacja przygód tytułowej postaci, wprowadzenie iluś kolejnych, połączenie ich w drużynę, walka przeciw wspólnemu wrogowi et cetera to prosty przepis na klapę. Której bardzo bym nie chciał, ale widząc tak wiele podrzucanych przez akrobatę piłeczek nie mogę przestać się zastanawiać, kiedy wreszcie straci nad nimi kontrolę. Zwłaszcza, że obok stoi asystent, szykujący się do podania kolejnych.

DC stoi więc przed zadaniem, które może przerosnąć ich siły. I zapewne przerośnie, bo firma gra na wyjeździe przeciw znacznie silniejszej drużynie, z kilkunastoma, może kilkudziesięcioma punktami straty, starając się sprawiać wrażenie, że wszystko jeszcze przed nią.

Chcesz mi udowodnić, że bezedury gadam? Może tutaj?