Przejdź do zawartości

Superbohater rozmiaru kieszonkowego

Ant-man nie jest tak dobry jak pierwszy Iron Man. W starciu z drugim Captain America albo Guardians of the Galaxy również plasuje się na drugiej, może nawet trzeciej pozycji. Mimo to to wciąż świetny film, na przekór przewidującym katastrofę pesymistom.

Nie wiem, czy pamiętacie, ale ten film miał nie wypalić. O ile po Guardians mało kto wiedział, czego się spodziewać i istotą obaw było nie „czy wyjdzie”, tylko „jak wyjdzie” (plus lol, gadający szop i chodzące drzewo, jakie to głupie, idziemy obejrzeć!), tak Ant-Man miał być przysłowiowym pierwszym potknięciem Marvela (chociaż niektórzy sugerują, że takowe już nastąpiło. Nawet kilkukrotnie). Głównie z powodu kontrowersji wokół odejścia reżysera Edgara Wrighta i zastąpienia go Peytonem Reedem (porównajcie ich filmografie ze wskazaniem na gatunki oraz popularność produkcji. Różnica jest kolosalna), ale po drodze pojawiło się jeszcze kilka innych problemów. Tak więc miało być źle, bardzo źle, może nawet katastrofalnie. Ale nie jest. Wręcz przeciwnie.

Film kontynuuje marvelowską tradycję kombinowania z gatunkami. Thor był szekspirowski, drugi Captain Amerika szpiegowski, Guardians of the Galaxy to dzika jazda bez trzymanki, zaś Ant-Man to heist movie. Nawet potrójny, bo napadów jest kilka, każdy większy i bardziej złożony od poprzedniego. Mamy wszystkie standardowe składowe – kolejne etapy planowania, konflikty wewnątrz ekipy, ćwiczenia i przygotowywanie sprzętu, wreszcie wprowadzanie planu w życie i cały zestaw problemów po drodze. Mamy ekipę w składzie mózg operacji, haker, kierowca, infiltrator oraz główny włamywacz. Mamy wreszcie wart w czort dużo pieniędzy obiekt, który trzeba po cichu wynieść ze strzeżonego budynku, a co, oczywista, nie nastąpi, bo takie są prawidła gatunku.

Ant-Man3
Superbohater i jego ekipa.

Jak Ant-Man wypada jako heist movie? Zadziwiająco dobrze. Weźmy na ten przykład soundtrack. Już pierwsze czterdzieści sekund motywu przewodniego naprowadzają na właściwy trop (reszta też, ale trochę inaczej), a w kolejce czekają jeszcze Ant 247, Paraponera Clavata albo I’ll call him Antony. To nie są kawałki, które puszcza się w typowym filmie superbohaterskim pełnym eksplozji i dzikiej akcji, tylko w czasie skradania, cichej eliminacji strażników i podobnych, opartych na skrytości akcji. A tych jest w Ant-Manie sporo, bo czasem trzeba wyłączyć alarm i rozbroić skomplikowany sejf, a innym razem odwrócić uwagę ochroniarza, warującego przy wejściu do ważnego magazynu. Każdy z włamów jest przy tym unikalny, gdyż nie dość, że poziom ich skomplikowania rośnie, to do każdego trzeba podejść w indywidualny sposób. Co innego sejf w małym domu, co innego korporacyjna forteca. Najlepiej, oczywiście, robi się przy ostatnim, gdy obie strony sięgają po wszystkie chomikowane na tę okazję zabawki, ale pierwszy również nie zawodzi, stawiając przed bohaterami wyzwania, z którymi byle włamywacze by sobie nie poradzili. Co zaś najważniejsze, mimo regularnego przypominania o ważności głównego zadania i jego wpływie na losy świata, skala historii pozostaje odświeżająco niewielka, bo obejmująca jedną firmę oraz garść mocniej lub luźniej związanych z nią osób. Niczym w pierwszym Iron Manie, na czym zresztą podobieństwa się nie kończą – główny zły to łysy przedsiębiorca, konflikt toczy się o zaawansowany technologicznie kombinezon oraz sprzedawanie broni niewłaściwym osobom, a istotną rolę posiada twórca cudeńka i bliska mu kobieta.

Skoro mowa o głównym złym – nie czarujmy się, ekranizacje komiksów Marvela nie są dobrym miejscem dla szwarccharakterów. Nie tylko dlatego, że większość z nich jest tak se napisana, często w oparciu o zużyte motywy, ale z powodów czasowych. Jak często na ekranie widać było Ronana, Malekitha czy Red Skulla? Jeden tylko Loki dostał miejsce w trzech filmach, a i to głównie z powodu głosu fanów (wiem, Thanosa widzieliśmy w dwóch, ale ile tego razem było, minuta?). Filmy MCU koncentrują się na superbohaterach i ich bliskim towarzystwie i Ant-Man nie jest od tej reguły wyjątkiem. Stąd Darren Cross jest dla Hanka Pyma tym, kim Obadiah dla Starka i jeśli znaleźliście w tym zdaniu spoiler, to brawo, wygraliście ciasteczko dla najbardziej niedomyślnej osoby na planecie. Nie uznaję tego jednak za wadę. Raz, że to film o narodzinach bohatera, więc kamera będzie najczęściej zwrócona w jego stronę. Dwa, że co produkcję dostajemy jakiegoś złolca, więc nie trzeba poświęcać zbyt wiele miejsca na ich charakteryzację. Wszak będą kolejni. Wreszcie trzy, że tak fabuła, jak i postacie nie są i nie muszą być przesadnie głębokie, gdyż ich celem jest przedstawić narodziny herosa (znów nieco innego niż reszta, bo byłego przestępcy o szlachetnym sercu i motywacjach, który najchętniej rzuciłby włamy, ale nie może, bo tylko dzięki temu będzie mógł widzieć się z córeczką) oraz jego późniejszą rolę w uniwersum. Pod tym względem sprawują się wyśmienicie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tradycyjne dla MCU sceny w trakcie i po napisach oraz mało subtelnie zapowiedziany ciąg dalszy. Na pogłębianie charakterów postaci będzie więc jeszcze czas.

Ant-Man4
Superbohater i jego strój roboczy.

MCU, ach MCU… Ant-Man to bodaj pierwszy film po Avengers, w którym pada pytanie „a może by tak wezwać Avengers?”. W komplecie z bardzo sensowną odpowiedzią „nie, ponieważ…” i argumentami czerpiącymi z poprzednich filmów z serii. Poza standardowym cameo Stana Lee swoje istotne pięć minut otrzymał jeden z Mścicieli, w scenie otwierającej pojawia się podstarzały Stark Senior oraz siwowłosa Peggy Carter, a nazwisko Starka juniora pojawia się przynajmniej kilka razy i ma dość istotne miejsce w fabule. Podobnie zresztą jak S.H.I.E.L.D, chociaż o tej całej aferze z Hydrą z Winter Soldier cisza (może utrzymano ją w tajemnicy?). Wszystko to bardzo miłe i dobrze osadzające postać w uniwersum (jest nawet wyjaśnione, dlaczego nie mogła pojawić się wcześniej), lecz zarazem nie wymaga wiedzy o poprzednich filmach. Ant-Man bowiem, podobnie jak Guardians of the Galaxy, znajduje się on nieco na uboczu reszty MCU. Nie tak bardzo jak perypetie Starlorda i spółki, ale na tyle daleko, by bez obejrzenia reszty, z drugimi Avengers na czele, wciąż orientować się w fabule. Ominie się kilka smaczków i tyle.

A tak, drugie Avengers. Widzicie, ja na ich seansie bawiłem się bardzo dobrze, ale po opuszczeniu kina coś nie dawało mi spokoju. Po Ant-Manie już wiem, co to było. Humor. Ten „paczcie, jacy jesteśmy cool i ile one-linerów na godzinę jesteśmy w stanie rzucić” typ humoru, specjalność Jossa Whedona, który w większej dawce zwyczajnie męczy, a co gorsza odziera bohaterów z ich charakterów na rzecz bycia zajefajnymi (wybuch w tle, okulary przeciwsłoneczne zjeżdżające na nos) bez specjalnego powodu. Tutaj zaś komedii nie dość, że jest w sam raz, to podano ją w niewymuszony, autentycznie zabawny sposób, czerpiący pełnymi garściami z faktu, że mówimy o filmie z kurczącym się superbohaterem potrafiącym gadać z mrówkami. I scenarzyści postanowili w pełni wykorzystać tkwiący w nim potencjał, bawiąc się nie tylko perspektywą (sceny walki małe i duże w lokacjach tak dziwnych, że nie przeszłyby w żadnej innej produkcji) czy rozmiarami obiektów i istot żywych, ale i samym faktem, że oto możemy coś urosnąć albo skurczyć i ujdzie nam to płazem. Pamiętacie scenę z trailera z bitwą na kolejce elektrycznej i jej wielce dramatyczne zakończenie? W filmie jest tego znacznie więcej i podanego w taki sposób, że w moim przypadku publika regularnie wybuchała dzikim śmiechem, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Twórcy posunęli się nawet do „psucia” scen dramatycznych, starając się jednak zachować umiar i nie przeginać w stronę głupiej parodii. Jest więc dramatycznie, ale głównie zabawnie. I uroczo, w czym duża zasługa trzech czynników – córeczki Ant-Mana gustującej w brzydkich zabawkach, jego kumpla Luisa ze skłonnościami do niekontrolowanego gawędziarstwa i mrówek. Mrówki kradną film i powinny dostać swój spin-off.

Superbohater i jego wspaniali kompani.
Superbohater i jego wspaniali kompani.

To nie jest najlepszy film Marvela. To nie jest również najlepszy film tej fazy. Sceny dramatyczne wypadają co najmniej średnio, część zwrotów akcji widoczna jest z kilometra, a i pewnie niejedna osoba uzna, że za dużo w tym wszystkim komedii, a skoro superbohaterowie, to i brak napięcia. Jednak mimo tych wad Ant-Man oferuje również sporo dobrego – spójną fabułę, sympatycznych bohaterów, cieszące oko efekty specjalne, wpadającą w ucho muzykę, a przede wszystkim unikalny pomysł na siebie, który ciężko będzie zrecyklingować. Ale to nawet lepiej, bo dzięki temu w kontynuacji (która na pewno będzie, spoiler alert) twórcy pokuszą się o wypróbowanie czegoś nowego. Poproszę.

PS: Biorąc pod uwagę Guardians oraz Ant-Mana jestem autentycznie ciekaw, co pojawi się w doktorze Strange. Potwory spoza czasu i przestrzeni? Mistyczne portale do innych wymiarów? Magowie ciskający w siebie kulami ognia?