Przejdź do zawartości

Liga Sprawiedliwych: Początek

Superman: The Animated Series to w trzech czwartych zbiór historii o Człowieku ze Stali, a w jednej czwartej rozgrzewka przed animowaną Ligą Sprawiedliwych*.

Dowodów nie trzeba szukać daleko, wystarczy spojrzeć na pojawiające się w serialu postacie. Batman: TAS eksperymentował z odcinkami gościnnymi, ale na przestrzeni dwóch sezonów zaprezentował widzom jedynie Zatannę (epizod Zatanna. Swoją drogą wiedzieliście, że jej ojciec, Zatarra, był jednym z nauczycieli Bruce’a?) oraz Jonaha Hexa (epizod Showdown). Brakowało również nawiązań do szerszego uniwersum. Gdy Batman ruszał w podróż do Wielkiej Brytanii, Japonii albo Afryki w praktyce zmieniała się tylko sceneria. Nic jednak w tym dziwnego, gdyż w momencie premiery nikt nie uznawał Gacka za punkt wyjściowy dla czegoś większego. To jest zresztą reguła przyświecająca DCAU jako takiemu, które w przeciwieństwie do MCU budowane było na bieżąco. Starczy zapoznać się z wywiadami, w których ekipa wprost stwierdza, że kolejne sezony Ligi powstawały pojedynczo i dopiero po zyskaniu zielonego światła od włodarzy. Każdy sezon mógł być ostatnim, więc zazwyczaj nie kombinowano z rozplanowanymi na wiele odcinków fabułami. Istniało zbyt duże ryzyko zamknięcia projektu przed dotarciem do epilogu (kaszl, Young Justice, kaszl). Ta reguła tyczy się również innych składowych DCAU i tłumaczy zarówno mnogość odcinków skupionych na przeciwnikach tygodnia, jak i bombastyczne zakończenia niektórych sezonów, o czym później.

Przy Batmanie ekipa pod wodzą Timma i Radomwskiego (Dini pełnił wtedy rolę „tylko” scenarzysty) rzadko wyściubiała nosa poza Gotham. Odbiła to sobie podczas prac nad Supermanem, obficie czerpiąc z bogatego dorobku DC. Już w pierwszych odcinkach serii wspominany jest dziwak z Gotham oraz Batgirl (odpowiednio druga część The Last Son of Krypton oraz My Girl), zaś gwiazdą dwuczęściowego The Main Man jest nie kto inny, tylko ostatni Czarnian we własnej osobie, Lobo. Pojawia się również Brainiac, a wraz z nim kilka ujęć na inne planety (Stolen Memories), oraz Darkseid i część jego świty prezentujących się groźnie na tle ogni Apokolips (Tools of the Trade). Sezon później Timm i Dini dostali do dyspozycji ponad dwa razy więcej odcinków i postanowili zaszaleć. Dzięki temu widzowie mają okazję zobaczyć m.in. Malę i Jaxa-Ura uwięzionych w Phantom Zone (Blast from the Past), pochodzącego z piątego wymiaru złośliwego pana Mxyzptlka (Mxyzpixilated) czy szukającą męża wojowniczą królową Maximę (Warrior Queen). Kilkukrotnie powraca również Darkseid i jego ekipa (Father’s Day, Little Girl Lost oraz, brace yourselvesApokolips… Now).

Superman: The Animated Series grafika przedstawiająca Supermana gestem zapraszającego Batmana do ruszenia przodem. Obaj superbohaterowie uśmiechają się przyjacielsko

Co zaś znacznie ważniejsze na ekranie pojawiają się również niektórzy członkowie przyszłej Ligi – Flash ścigający się z Supermanem o tytuł najszybszego człowieka na świecie (Speed Demons), świeżo wybrana Zielona Latarnia Ziemi Kyle Rayner (In Brightest Day. Zaliczy cameo w pierwszych odcinkach Justice League), krótko ostrzyżony Aquaman w towarzystwie części armii Atlantydy (A Fish Story), przede wszystkim zaś Batman, zarówno jako gość w Metropolis (trzyczęściowe World’s Finest** oraz The Demon Reborn, gdzie łączy siły z Supermanem), jak i osoba wymagająca ratunku (Knight Time, w którym Supek na pewien czas zakłada kostium Gacka). Gościnne występy zaliczają również Doctor Fate (The Hand of Fate), John Henry Irons, znany jako Steel (Heavy Metal, ponownie pojawi się dopiero w Justice League: Unlimited) oraz Supergirl (Little Girl Lost, Unity, dwuczęściowe Legacy. Zaliczy również występ w The New Batman Adventures, w odcinku Girl’s Night Out).

Większość występów gościnnych trwa tylko jeden odcinek i stanowi bardzo wątłą podbudowę dla przyszłej Ligi. Bohater wpada z wizytą, robi swoje, znika i nikt o nim więcej nie wspomina. Mimo to ich odwiedziny tworzą wrażenie, że Superman operuje w ramach znacznie większego i bogatszego świata, obejmującego dużo więcej, niż jedno wielomilionowe miasto z przyległościami. Świata, który ulega powolnym, ale zauważalnym zmianom, które łatwo dostrzec, kiedy ogląda się po kolei wszystkie animacje wchodzące w skład DCAU. Widać wtedy, że Batman się nieco zestarzał i przestał uśmiechać, jego rodzinka trochę powiększyła i wydoroślała, samotnia Supermana zyskała nowe sprzęty, a jej właściciel nabrał nawyków przesłuchaniowych Gacka (chwyć informatora za fraki, wystaw za okno na wysokości setnego piętra, zaczekaj) i tak dalej. Wiele z tych detali łatwo jest przegapić ze względu na ich subtelne wykorzystanie albo dużą rozpiętość między odcinkami, w których się pojawiły. Przykładowo Toyman występuje w serii dwa razy – raz w odcinku czwartym i drugi raz w czterdziestym piątym, oddzielonych od siebie dwoma sezonami. Konia z rzędem temu, kto nie oglądając po kilka epizodów dziennie przypomni sobie kto to taki i gdzie już go widział. Mimo to ciężko się nie uśmiechnąć, gdy mózg wreszcie przypomni sobie gdzie po raz pierwszy poznał jakąś nazwę, nazwisko albo twarz, bądź zorientuje się do jakiego wydarzenia właśnie nawiązano w rozmowie. Co prawda w moim przypadku poznawałem rzeczy, które dopiero pojawią się w Lidze oraz Beyond nie oglądałem DCAU chronologicznie, tak jakoś wyszło – ale nie umniejszało to radości z ich odkrywania.

Superman: The Animated series grafika przedstawiająca kontur Człowieka ze Stali stojącego w ciemnym pokoju. Oświetlone są tylko pobliskie skrzynie, sylwetka bohatera oraz czerwone, gotowe do wypuszczenia laserowego promienia oczy

Wylewanie fundamentów pod Ligę widać również w pomysłach scenarzystów. Gdy Batmanowi raz zdarzyło się walczyć z pradawnym złem, Superman tłucze jednego cthulowatego potwora z kosmosu, jednego cthulowatego demona zamkniętego w magicznym więzieniu, pomaga rebeliantom z dalekiej planety, oswobadza rzadkie istoty zebrane w całej galaktyce, ma okazję porozmawiać z szefostwem korpusu Zielonych Latarni, z trudem wyłącza zepsutego golema obcej cywilizacji, a nawet zostaje uratowany przez bohaterów z dalekiej przyszłości. Na przełomie trzech sezonów dzieje się dużo dziwnych, nierzadko niepokojących lub wprost strasznych rzeczy (you know, for kids!), które idealnie pasują do kosmity z dalekiej planety, od czasu do czasu robiącego wypady poza Układ Słoneczny. Animowany Batman nie dość, że starał się stworzyć całkiem inną, mało optymistyczną i duszną atmosferę, to operował na znacznie niższym poziomie mocy. W Gotham złolców kruszących mury pięściami było niewiele. Ci z Metropolis wciągnęliby ich bez popitki.

Największą jednak zmianą w stosunku do Batman: TAS, która obecna będzie również w Justice League, jest inne podejście do zakończeń. Oba sezony Gacka kończyły się luźnymi epizodami, które mogły pojawić się w dowolnym momencie i niewiele zmieniały w układzie sił. Podobnym tropem podąża Superman, z tym tylko, że o ile sezon pierwszy kończy się dość spokojnie kolejnym luźnym odcinkiem, zaś drugi wprowadzeniem na scenę Supergirl, tak trzeci zrzuca bombę na status quo. Po tym, jak nie będąc sobą zaatakował Ziemię, Superman musi zaczynać swoją karierę superbohatera prawie od początku, uznawany za wroga przez wojsko i Luthora oraz zdrajcę przez społeczeństwo. Poza paroma wyjątkami jest sam, ludzkość najchętniej odesłałaby go w kosmos i nic nie zapowiada szybkiej poprawy sytuacji. Doskonały fundament dla kolejnego sezonu i zachęta do napisania dłuższej, rozpisanej na kilkanaście odcinków historii. Podobnie zrobiono później w Lidze, która z przytupem zamknęła sezon drugi, a w trzecim pozwoliła sobie na spore zmiany w formule serialu (dłuższy wątek pojawił się dopiero w czwartym, za to jaki!). Niestety, nie dostaliśmy czwartego sezonu Supermana, zaś pierwszy sezon Ligi jasno dał do zrozumienia, że Człowiek ze Stali odbudował swoją reputację. Mimo to wciąż jestem pełen uznania dla ekipy, która postanowiła zakończyć swoją opowieść nie w chwili triumfu bohatera, ale jego największej klęski. Bez padającego wszędzie deszczu i ujęć tak ciemnych, że nawet rozjaśnienie ekranu niewiele daje.

Superman: The Animated Series grafika z ubranym w hawajską koszulę i okulary przeciwsłoneczne Lobo wylegującym się na leżaku i popijającym drinka z kubka w kształcie posągu z Wyspy Wielkanocnej

Superman: The Animated Series wprowadza również zmiany w sferze wizualnej. Batman: TAS stawiał na bardzo szczegółowe projekty postaci, twarze i mimikę. Starczy spojrzeć na reakcje Gordona w czasie strzelanin, pościgów i na widok pustej przestrzeni jeszcze chwilę temu zajmowanej przez Nietoperza. Ewentualnie na pojedynki Batman-Clayface, pełne scen mogących bez problemu znaleźć się w horrorach inspirowanych Cronenbergiem. O ile Superman wciąż trzyma się nieźle w departamencie animacji – zwłaszcza eksplozje i demolowanie otoczenia wygląda świetnie – tak widać wyraźnie uproszczenia w wielu miejscach (biedny, skrócony Batmobil), z projektami sporej części postaci na czele. Odwiedzający Metropolis Joker jest zupełnie niepodobny do króla zbrodni z Gotham sprzed paru lat, podobnie jak Alfred Pennyworth oraz Gordon, zaś wśród miejscowych choroba dopadła m.in. Livewire, Parasite oraz Brainiaca. W czym nie ma niczego złego, gdyż wizualnie serial wciąż trzyma wysoki poziom, a postacie prezentują pełne spektrum emocji i unikalnych strojów. Jeśli jednak przeszło się do Superman: The Animated Series bezpośrednio z Batmana różnice będą widoczne na pierwszy rzut oka.

Zmianie uległ również soundtrack. Wciąż w użyciu jest orkiestra, ale muzyka stała się bardziej podniosła, lepiej pasująca do heroicznych opowieści toczących się w blasku słońca tej czy innej planety. Gdy stojącemu na dachu wieżowca Batmanowi towarzyszy grom oraz powoli cichnąca, jeszcze chwilę temu intensywna muzyka, Superman odsłania swój symbol przy akompaniamencie budujących, bohaterskich dźwięków, przy których ciało samo rwie się do działania i czynienia świata lepszym. Po części to zasługa zmiany postaci na idealistyczne ucieleśnienie zalet ludzkości, a po części atmosfery serialu. Co prawda zdarza się mroczniejszy albo ponury epizod, dochodzi nawet do stuprocentowo nieodwracalnej i atakującej z całkowitego zaskoczenia śmierci jednego z tych dobrych w pakiecie z pogrzebem, jednak daleko im do Heart of Ice i podobnych, depresyjnych historii z udziałem Batmana. I dobrze, bo po Man of Steel oraz Batman v Superman dość mam umęczonego Chrystusa-Supermana, który koniecznie musi cierpieć za miliony i bycie ostatnim Kryptończykiem (pomijając Supergirl i istoty z Phantom Zone). Przynajmniej tym razem jego przybrany ojciec okazuje się mieć trochę oleju w głowie i nie hoduje w młodym Clarku kompleksu mesjasza. Oraz nie popełnia samobójstwa w idiotycznych okolicznościach.

Superman: The Animated Series grafika przedstawiająca kosmicznego potwora o wielu oczach i mackach oraz ludzi połączonych z nim z pomocą szarych, guzowatych żył wychodzących z ich głów albo ust

Wszystko dlatego, że w przeciwieństwie do pełnego nieuleczalnych psychopatów i sadystów Batmana, Superman: The Animated Series jest w swej istocie bardzo optymistyczną opowieścią. Tak, tutejszym postaciom zdarza się błądzić, a złu wygrywać i tak, Luthor mimo masy zbrodni na sumieniu nigdy nie zostaje postawiony przed sądem. Ostatecznie jednak wszystko w ten czy inny sposób się ułoży. Nawet dwuczęściowy koniec sezonu trzeciego, gdzie pokonanego Darkseida biorą w opiekę jego traktowani jak robactwo niewolnicy (I am many things, Kal-El, but here, I am God), a cała Ziemia ma Supermana za wroga, zamyka optymistyczna wymiana zdań (cytując Wikii DCAU):

Superman: I did lose control and it scares me. If I can’t trust myself, how can I win back the trust of an entire planet?
Lois: (kisses Superman) One person at a time.

Może to naiwne i „mniej dojrzałe” od tego, co prezentował animowany Batman, ale zarazem przyjemnie odświeżające w czasach dark and gritty rebootów popularnych marek i wiecznie padającego w kinówkach DC deszczu. Serial zresztą dowodzi, że Supermana wcale nie trzeba umraczniać. Starczy pozwolić mu okazywać emocje, postawić pod ścianą (ileż to razy solidnie dostał po łbie…) albo wymagać niemożliwego, by do głosu doszły negatywne emocje, a wizerunek istoty pełnej cnót i zalet zaczął się psuć. Istoty zresztą niegłupiej, o czym często zapominają krytycy, uznając dobre serce za przejaw kłopotów z myśleniem. Superman może nie czyta klasycznej literatury, jak nasz Pan i Zbawca Sterling Malory Archer, ale potrafi kojarzyć fakty, przygotowywać się do walki i znaleźć zrozumienie dla drugiej strony, nawet jeśli nie zawsze się z nią zgadza. Jego dobre serce w żadnym wypadku nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, wzbogaca postać. Kiedyś trafiłem na argument, że Wonder Woman i Supek to kiepski paring, bo o czym mogą rozmawiać wojownicza księżniczka Amazonek oraz dobroduszny rolnik z Kansas. Wnosząc po robocie odwalanej jako dziennikarz i codziennych kontaktach z Lois Lane podejrzewam, że o bardzo wielu sprawach, takich jak polityka międzynarodowa albo machlojki wielkich korporacji. Lois nawet w pewnym momencie stwierdza, że bardzo szanuje pracę kolegi, a skoro mówi to taki pracoholik i rekin dziennikarstwa jak ona, to coś musi być na rzeczy.

Skoro mowa o pannie Lane – jestem zakochany w tutejszej wersji tej postaci, którą trzeba ratować głównie z powodu jej nieustannego pragnienia zdobycia materiału na artykuł wart Pulitzera, a przynajmniej pierwszej strony. Infiltracja bazy wojskowej z pomocą przepustki zdobytej u ojca generała? Zakradnięcie się do laboratorium LexCorpu? Obserwowanie inwazji kosmitów z samego serca walk? Co to dla niej! Od pierwszych odcinków widać, że to duża dziewczynka, która potrafi o siebie zadbać (wiedzieliście, że zna sztuki walki?), ale ma pecha przebywać w towarzystwie nadczłowieka i jego również potężnych przeciwników, a przez to często wylatywać przez okna albo stawać po złej stronie lufy. Superman oczywiście natychmiast leci ją złapać, co prędko zauważa tak ona, jak i reszta świata. To zagadnienie eksplorują zresztą odcinki Superman’s Pal, w którym Jimmy Olsen musi radzić sobie z konsekwencjami publicznego uznania go za kumpla Supermana (to wbrew pozorom nie jest uprzywilejowana pozycja) oraz A Fish Story, gdzie złapaną Lois Luthor nakazuje natychmiast zastrzelić, co by przypadkiem nie ściągnęła mu na głowę skauta w niebieskiej piżamce.

Superman: The Animated series grafika przedstawiająca sylwetkę Supermana stojącego nad nagrobkiem wśród pojedynczych drzew oraz na tle ciemnopomarańczowego, zachmurzonego nieba

Superman: The Animated Series został podzielony na trzy sezony, liczące łącznie 54 odcinki. Puszczany rok wcześniej Batman: TAS dobił do dwóch (albo czterech, zależy jak liczyć) sezonów i 85 odcinków plus kolejnych 24 w ramach sequela. Mimo krótszej obecności na antenie przygody Człowieka ze Stali zrobiły coś ważnego – przygotowały solidne fundamenty pod budowę większego, animowanego uniwersum zamieszkanego przez postacie ze stajni DC. Gdy Batman rzadko wyściubiał nos poza Gotham, Superman eksplorował inne planety, walczył z demonicznymi potworami i zaprzyjaźniał się z przyszłymi towarzyszami walki o sprawiedliwość. Batman miał znacznie więcej postaci i koncentrujących się na nich odcinków, ale bez Supermana Gackowi nie udałoby się wyjść poza granica miasta z najmniej efektywnym szpitalem psychiatrycznym na świecie. Z tego powodu uważam – i nigdy nie sądziłem, że to napiszę – że animacja o Człowieku ze Stali jest od swojego poprzednika lepsza, a na pewno ciekawsza. Możliwe, że spory wpływ na moją ocenę ma fakt, że ostatni raz oglądałem Superman: The Animated Series gówniarzem będąc i w praktyce każdy odcinek był dla mnie świeżutki, ale pamiętam wątpliwości towarzyszące mi przy odpaleniu pierwszego z nich. Obawiałem się, że tak postać, jak i cały serial nie wytrzymały próby czasu, że będę się przy nich nudził albo kręcił głową na infantylne pomysły scenarzystów. W końcu co dobrego można znaleźć w animacji o bóstwu w ludzkiej skórze? Jak się okazuje – bardzo dużo. Trzeba tylko powierzyć jej stworzenie odpowiednim ludziom.

* Wiem, że oficjalne tłumaczenie jest inne, ale animacja była w moim życiu pierwsza.

** To jest to dobre Batman v Superman. Przynajmniej w porównaniu do wersji kinowej, bo rozszerzona jest podobno po stokroć od niej lepsza.