Przejdź do zawartości

Dzisiejszy wpis sponsoruje ten sympatyczny pan oraz wyjątkowo dużo dużych obrazków.

Świeżynka w kinie, czyli seanse nadobowiązkowe

Czyli zwierzu chce dostać dziesięć filmów dla kinowych laików, więc i dziesięć filmów w dziesięciu różnych kategoriach dostanie.

Historia kina zaczęła się od filmów niemych, toteż w celach edukacyjnych warto byłoby świeżakom pokazać przynajmniej jeden. Problem w tym, że produkcje z początku zeszłego i obecnego wieku dzieli przepaść pełna lawy i trujących spoilerów. Pokażcie Pancernik Potiomkin dzisiejszej młodzieży, a w kwadrans sala rozbrzmiewać będzie jękami zanudzonych na śmierć duchów. Szczęściem można oszczędzić sobie wizyty grabarza i sięgnąć po coś znacznie świeższego, bo wydane w 2013 Minuscule – La vallée des fourmis perdues, znane u nas jako Robaczki z Zaginionej Doliny. Półtoragodzinny film, gdzie nie pada ani jedna linijka dialogu (poza horrendalną polską wersją), w użyciu jest tylko obraz i dźwięk, ale mimo to fabuła pozostaje zrozumiała. Owszem, to tylko substytut hitów roku 1900 i okolic, bez wielkich plansz z napisami i pianistą żywo uderzającym w klawisze, ale jako namiastka tamtych czasów powinna wystarczyć. Plus to generalnie dobry film jest. Kolorowy, zabawny, nieprzesadzony i uroczy, w sam raz dla osób, które z medium miały niewiele wspólnego.

Dummies3Jak kino, to kroniki filmowe, a jak kroniki, to wojna. Filmów wojennych do dziś powstało od metra i trochę, ale jeśli miałbym wybrać spośród nich jeden, to byłby to Full Metal Jacket. Z trzech powodów. Po pierwsze, za realistyczne przedstawienie wojny, gdzie jest zarazem straszno i śmiesznie (patrz scena negocjacji z prostytutką), a żołnierze z rana trzęsą tyłkami na patrolu, by wracając wieczorem do bazy śpiewać o Myszce Miki. Po drugie, za brak patosu. Ostatni akt udowadnia, że wojna jest straszna i dotyka wszystkich bez wyjątku, ale żaden z bohaterów nie rzuca się na wroga z Yankee Doodle na ustach i z amerykańską flagą w charakterze peleryny. Heroizm to w Wietnamie towar deficytowy, nawet jeśli wielu reżyserów przez lata twierdziło co innego. Po trzecie, za uniwersalność. Niby US and A bije się z częścią Wietnamczyków, ale jakby usunąć flagi i symbole wyjdzie opowieść o bezsensie konfliktu zbrojnego jako takiego, ze wszystkimi jego blaskami, cieniami i szaloną atmosferą ogarniętego pożarem burdelu. Dowód na to, że kino może opowiadać o poważnych sprawach inaczej, niż z kamienną twarzą i oczyma wzniesionymi ku niebu.

Dummies7

Wojna to jeden z ulubionych tematów (pop)kultury, a co za tym idzie i nerdów. Film nerdowski ma tak naprawdę tylko jednego przedstawiciela (eksperci, sza!), a jest nim Scott Pilgrim vs. The World, ekranizacja pewnego kanadyjskiego komiksu. Produkcja baaaaardzo specyficzna, niszowa wręcz, ale ładnie pokazująca co się stanie, jeśli jakiś szaleniec wpadnie na pomysł wiernego przeniesienia gier wideo i komiksów na ekran kinowy, z nabijaniem punktów, onomatopejami i wieloetapowymi walkami z bossami, przy jednoczesnym zanurzeniu ich w (pop)kulturowym sosie gęstym niczym wody rzeki Ankh. Film, który ogląda się z permanentnym bananem na gębie i bólem w sercu, gdy pomyśli się o jego beznadziejnych finansowych wynikach, na który z pewnością miał wpływ wysoki próg wejścia. Ile bowiem osób wie, skąd kapela Scotta wzięła swoją nazwę? A przecież połowa zabawy w czasie seansu bierze się z wyłapywania takich drobnych smaczków, znanych tylko wtajemniczonym. Stąd warto pokazać go kinowym świeżakom i sprawdzić, ile zrozumieli. Jeśli mało, to następnym razem puścić coś prostszego.

Dummies4Nerdy lubią komiksy, a ekranizacjami tychże ostatnio obrodziło. Dokładniej rzecz biorąc filmami superbohaterskimi, bo z wiernością dla materiału źródłowego różnie bywa. W tej kategorii wyróżniam dwie podkategorie, a pierwszą stanowią poważne filmy superbohaterskie. Jako przykładu nie przywołam historii pewnego faceta przebranego za nietoperza, tylko jego o rok młodszego kolegę, Watchmen. Dekonstrukcja postaci superbohatera nakręcona na bazie komiksu dekonstruującego postać superbohatera, zawierająca wątki polityczne, społeczne i fundamentalne pytanie o to, kto strzeże strażników. Szczególnie warta polecenia osobom lubiącym nadludzi, zwłaszcza w ich klasycznym wydaniu, tak by mogli zobaczyć, że można inaczej. Poza tym nie wymaga od widza żadnej wiedzy na temat komiksu, co najwyżej ogólnego rozeznania w temacie Zimnej Wojny. Tak, nie każdemu przypadną do gustu trykociarze w ciemnej stylistyce, ale w swojej kategorii film pierwsza klasa.

Dummies8

Komiksowe filmy superbohaterskie tym się różnią od tych z akapitu wyżej, że nie wstydzą się gatek nałożonych na spodnie, a nawet są z nich dumne. W tej podkategorii też mamy od metra niezłych pozycji, zwłaszcza w ostatnich latach królowania ekranizacji Marvela, dlatego sięgnę po coś znacznie starszego, animowanego i do tego od DC – Batman: Mask of the Phantasm. Origin story Batmana, toczący się jednocześnie przed i w trakcie The Animated Series, stworzony przez ekipę odpowiedzialną za sukces tegoż serialu, fabularnie czerpiący między innymi z Powrotu Mrocznego Rycerza oraz Killing Joke (subtelnie, zorientowani w temacie wypatrzą co trzeba). Uznawany za klasyka, którego warto obejrzeć głównie dla porównania ze współczesnymi produkcjami. Umówmy się, Avengers nie zgarnęli miliarda z hakiem w boxoffice tylko za ładną fryzurę Thora, ale również z powodu wierności materiałowi źródłowemu. Mask of the Phantasm idzie dokładnie tą samą drogą. Dobre dla osób nieobeznanych z komiksem, co by sprawdzić ich reakcje na „nierealistycznych superbohaterów”.

Dummies5

Skoro mowa o klasycznych filmach animowanych – w tej kategorii króluje Disney (eksperci, ponownie sza!) ze swoją przebogatą kolekcją. Spośród której, po wewnętrznych igrzyskach głodowych, wybrałem Atlantis: The Lost Empire. Głównie dlatego, że w wielkim klubie Myszki Miki ta panienka stoi nieco z boku, ignorowana przez większość gości, nie zdających sobie sprawy, jaką osobowość ignorują. Atlantyda to jeden z niewielu filmów Disney’a rozgrywających się na terenie wyimaginowanej, chociaż niewyssanej z palca cywilizacji (Treasure Planet to kapkę inna bajka, if you see what I did there), z księżniczką mocno odstającą od Ariel i spółki oraz sensownym morałem pachnącym Pocahontas na sterydach. Na moje najlepsze, co w tej kategorii dał światu Disney i chociażby z tego powodu winno się go pokazywać kinowym świeżakom. Nieco więcej na ten temat można poczytać u Owcy.

Dummies9

W animacjach gustują Francuzi, którzy tworzą na tyle specyficzne produkcje, że wydzieliłem dla nich osobną kategorię. Film francuski, aktorski (starożytny, zakazany…) reprezentować będą nie filmy Luca Bessona, tylko przez wielu zapomniane The City of Lost Children. Tragiczna opowieść o naukowcu zmuszonym do okradania dzieci ze snów i przygłupim olbrzymie pragnącym uratować porwanego braciszka. Jest groteskowo i zarazem zabawnie w sposób typowo francuski (Delicatessen anyone?), fani Bioshocka powinni szybko załapać klimat (mózgi w zbiornikach wodnych, lornetki w formie monokli i tym podobne, steampunkowe pomysły), a główną rolę gra nie kto inny, jak Ron Perlman, jeden z najlepszych aktorów współczesnego kina. To bardzo specyficzny film, z gatunku tych, co się albo kocha, albo nienawidzi, ale stanowi dobre wprowadzenie dla tego typu produkcji, jakże odmiennych od trzaskanych masowo holyłudzkich blockbusterów. Plus godnie się zestarzał, a to dla wielu istotne.

Dummies10

Powyższy przykład był jednym z niewielu pozaamerykańskich w tym zestawieniu, więc pójdźmy dalej tą drogą, póki nie dotrzemy do RPA. Filmy społecznie zaangażowane (znajdźcie lepszą nazwę, malkontenty!) reprezentować będzie genialny District 9, czyli krótka historia apartheidu z kosmitami w roli głównej i fenomenalną rolą Sharlto Copley’a. Dowód na to, że kino może i powinno opowiadać o rzeczach trudnych i poważnych, jednak niekoniecznie wprost, bez użycia rekwizytów i metafor. Z tego powodu sprawił wielu widzom problemy, ale to nawet i lepiej. Jeśli oglądającego poruszyła sytuacja w miasteczku kosmitów, reakcje bliskich i znajomych Wikusa, a zwłaszcza zakończenie, to inne ciężkie historie także do niego trafią. Poza tym to film autorski (30 milionów budżetu. Zarazem dużo i bardzo mało), tworzony przez reżysera i scenarzystę w jednym, mającego jasną wizję i nie wahającego się wprowadzić ją w życie. Dobra odskocznia od opowiadających wciąż te same historie blockbusterów.

Dummies11

Na drugim biegunie mamy filmy efekciarskie, oferujące lekką, łatwą i przyjemną rozrywkę dla zmęczonego mózgu, jakże czasem potrzebną po długim dniu pracy albo obcowania z ludźmi. Wstawiam je tutaj z rozmysłem, bo kinowy świeżak powinien sprawdzić, czy bardziej woli depresyjną historię o kosmicznych apartheidzie, czy bardziej jara go dwugodzinna orgia efektów specjalnych z fabułą równie banalną, co systemy zabezpieczeń Arkham Asylum. W tej kategorii zaproponowałbym jednak nie tę serię filmów, o której wszyscy właśnie pomyśleli, tylko Tron: Legacy, kontynuację wielkiego hitu roku 1982, o którym mówi się, że wyznacza początek nerdowskiej dominacji w popkulturze. Produkcja nazywana najdroższym teledyskiem świata wyglądała i brzmiała przepięknie i wciąż wygląda i brzmi przepięknie, chociaż stworzona przy wielkim udziale komputerów, a co za tym idzie starzejąca się szybciej. Tronu się nie ogląda, tylko chłonie, zwłaszcza znacznie odbiegający od współczesnego standardu Zimmer + koledzy soundtrack autorstwa Daft Punk.

Dummies12

Na wielki finał nie przygotowałem niczego spektakularnego, bo niskobudżetową (co to jest 15 milionów dolarów, nawet w 1998 roku?) ni to komedię, ni to kryminał, ni to obyczajówkę od braci Coen. Ale chyba głównie obyczajówkę, więc pójdźmy w tym kierunku, najwyżej bardziej obyci w temacie zjedzą mnie za herezję. Filmem autorskim (got ya!), który pokazałbym każdemu kinowo nieogarniętemu, jest nie kto inny, tylko The Big Lebowski we własnej osobie. Głównie dlatego, że zadaje mnóstwo pytań, ale nie daje odpowiedzi, będąc otwartym na interpretacje w kwestii doboru postaci, wydarzeń czy nawet pojedynczych dialogów. Starczy zawitać do działu komentarzy na Filmwebie (brrr), by przekonać się, że dla wielu osób jest to wymagający, nie zawsze zrozumiały film. I dobrze, gdyż zachęca do własnego, krytycznego spojrzenia, jakże przydatnego w byciu kinomanem.

Dummies13

Jakby się ktoś zastanawiał – wszystkie powyższe tytuły były jednymi z pierwszych, jakie przyszły mi do głowy na widok zwierzowego wyzwania. Nie chciałem kopać głębiej, bo nie byłbym w stanie dokonać sensownej selekcji (spróbujcie wybrać dziesięć dobrych filmów spośród trzech setek. I dare You, I double dare You!), więc ze wstępnej dwudziestki i kilka zostało dziesięć. To są moje typy i moje kategorie, a jakie są wasze?