Przejdź do zawartości
Okładka pierwszego tomu jest kiepskim materiałem do ciachania, więc zamiast niej łapcie ładną tapetę.

Szermierz w czarnej opończy – Berserk #1

Berserk to manga, którą przeczytałem zbyt późno. Piętnaście lat temu chłonąłbym każdy jej kadr z zapałem godnym religijnego neofity i jarał się jak głupi scenami z udziałem miecza o rozmiarach konwoju tirów oraz dwóch cystern krwi. Dziś nie jestem w stanie wyjść poza szczere uznanie dla dobrego rzemiosła, sprawnie łączącego elementy znane mi z tak wielu miejsc, że o większości z nich zdążyłem już zapomnieć.

Bo i cóż nowego może Berserk zaoferować komuś takiemu jak ja? Wojowniczego faceta z absurdalnie długim scyzorykiem i ponurą przeszłością widziałem już w Final Fantasy VII i to w dwóch wersjach, a różne jego wariacje w Final Fantasy VIII, Wiedźminie, sadze o Drizzcie czy w animowanym He-Manie. Lasy pełne nieumarłych, demony żerujące na prostych ludziach oraz fanatyczno-okrutni kapłani to obie wersje Warhammera, nastrojem przygnębienia i beznadziei przesiąkłem dzięki Czarnej Kompanii, serii Myth Jesiennej Gawędzie, a licznych scen walki z bryzgającą na wszystkie strony krwią doświadczałem średnio raz w tygodniu w dowolnej bijatyce albo slasherze. Do tego otwierająca pierwszy tom pochędóżka przy ognisku to nic innego jak powtórka równie pikantnej sceny z pierwszego filmowego Conana, tylko z brutalnością podbitą o kilka poziomów, a po wyguglaniu zbroi Gutsa moim pierwszym skojarzeniem był rycerz Artorias, zresztą niebezpodstawnie.

Pierwszy tom mangi autorstwa Kentaoru Miury jest więc idealnym materiałem na bardzo długą i potencjalnie śmiertelną pijacką grę, której uczestnicy opróżniają kieliszek na widok każdej postaci, miejsca czy motywu znanych im z dowolnego innego dzieła kultury. Co nie powinno dziwić, gdyż mówimy o serii wydawanej od roku 1989, dostępnej w wersjach papierowej, animowanej i gierczanej, a która dopiero niedawna doczekała się polskiego przekładu od poważnego wydawnictwa. Żadna siła na tej planecie nie mogłaby sprawić, żebym po nastu latach intensywnego taplania się w (pop)kulturze znalazł w niej coś nowego albo oryginalnego. Nie chcąc więc być nie fair wobec komiksu, którego jedyną przewiną było pojawienie się w moim życiu zbyt późno, postanowiłem ocenić go na podstawie nie tego, co chce mi zaproponować, ale jak to robi.

Guts w walce z nieumarłymi. Ta i inna przykładowa strona podkradzione ze sklepu Mangarden.
Przykładowe strony podkradzione ze sklepu Mangarden.

Przede wszystkim to jest zadziwiająco dobrze narysowany komiks, z kadrami nierzadko wymagającymi długich minut uważnego studiowania w celu dostrzeżenia wszystkich szczegółów. Gdy pojawia się grupa wrogów, to każdy ma trochę inny hełm albo rękojeść miecza. Gdy Guts wędruje ulicami miasta, to każdy budynek ma inną wysokość, dach albo kształt okien, nawet jeśli znajduje się na drugim i dalszych planach. Gdy dochodzi do rękoczynów, to każdy przeciwnik inaczej stoi, inaczej trzyma broń, inaczej próbuje przyłączyć się do bitki. Nawet przecinanie wroga na pół potrafi na dłuższą chwilę przykuć uwagę, bo odbywa się w karczmie pełnej gości, a każdy z nich ma trochę inną fryzurę, rysy twarzy albo strój. Wisienką na torcie jest wypełnione rupieciami wnętrze domu medyka, gdzie większość ustawionych na półkach książek ma inną wysokość, kształt okładki albo pozycję. Berserk to manga rysowana przez perfekcjonistę dla perfekcjonistów, czego zresztą dowodzą kolejne tomy, ze scenami walki na setki luda w niczym nie ustępującymi co lepszym grafikom z Magic: The Gathering. Pozbawionymi kolorów, ale to żadna wada, skoro z pomocą czerni i bieli można stworzyć małe oraz całkiem spore cudeńka.

Czerń i biel to zresztą bardzo dobry wybór dla mangi, której główny bohater bez mrugnięcia okiem wykorzystuje całe miasto w charakterze przynęty, a po zwabieniu i ubiciu swojego celu opuszcza płonące zgliszcza jakby nic się nie stało. Guts jest odpychający, a świat wokół niego jeszcze gorszy, pełen potworów, demonów i ludzi o standardach moralnych na poziomie rynsztoka. Dla przykładu, głównym antagonistą pierwszej historii jest zabijający dla rozrywki, demoniczny miłośnik ludzkiego mięsa, ostatniej zaś odrażająco otyły przedstawiciel inkwizycji, którego czytelnik po raz pierwszy widzi w czasie egzekucji niemal na pewno niewinnej kobiety. Temu pierwszemu towarzyszy banda zakapiorów dla zabawy rzucających nożami w elfa, zaś ostatniemu służy przerośnięty kapitan straży nie widzący problemu w zabijaniu własnych ludzi, jeśli ci w czasie walki znaleźli się na drodze jego bojowego młota. Całość śmierdzi na kilometr dark fantasy godnym wczesnego gimnazjum, ale w czasie lektury nie tylko się tego nie zauważa, ale nawet docenia pewność, z jaką cała opowieść jest konstruowana. Jest to bowiem dark fantasy nieironiczne, niecyniczne, bez prób reinterpretacji czy dodatkowej warstwy meta, tylko po prostu ponure. Podręcznikowo wręcz, jednak z głową, bez popadania w nieintencjonalną śmieszność i z pełną świadomością użycia wszystkich elementów składowych. Przeciętny trzynastoletni turbomrok nie stworzyłby Berserka, bo wbrew pozorom dobre dark fantasy – na tyle sensownie skonstruowane, że mimo ponuractwa można potraktować je poważnie – wymaga pomyślunku i umiejętności.

Guts przechadzający się ulicami miasta.

Pomyślunek i umiejętności widać chociażby w konstrukcji fabuły. Wszystkie trzy opowieści wchodzące w skład pierwszego tomu są z jednej strony niewielkie w skali, obejmując jedynie kilka lokacji oraz garść kluczowych postaci, z drugiej zaś strony nie brak sugestii, że stanowią tylko wycinek znacznie większego, skomplikowanego świata oraz zaplanowanej z góry opowieści. Nie wiem, jak wygląda to w dalszych tomach, ale pierwszy dał mi do zrozumienia, że Miura wie, co robi i dokąd to wszystko zmierza. Jeśli to prawda, to bardzo dobrze. Jeśli kłamstwo, to w sumie też dobrze, bo ciężko je od prawdy odróżnić. Przy czym nie oszukujmy się – to nie jest (póki co?) przesadnie złożona historia. Jej bohaterowie są prości, wydarzenia pozbawione drugiego dna, a po lekturze nie poczułem się wzbogacony duchowi czy intelektualnie. I dobrze, bo nie tego oczekiwałem po mandze z taką, a nie inną okładką. Plus jeśli w dalszych tomach zrobi się mądrzej i głębiej, to będę się tylko cieszył.

Ostatnia strona okładki straszy znaczkiem 18+ i jest to osiemnastka jak najbardziej uzasadniona. Nie z powodu seksu, którego w pierwszym tomie prawie nie ma, ani tym bardziej częstych zbliżeń na goły, elfi tyłek, tylko brutalności. Berserk raczy czytelnika głowami przybitymi do ścian z pomocą bełtów, małymi dziećmi nabitymi na włócznie, przecinanymi na pół zbrojnymi prezentującymi krwawiące wnętrzności, ciałami miażdżonymi pod końskimi kopytami i twarzami demonów potraktowanymi z bliska przez broń palną sporego kalibru. Nie wiem, czy słowo naturalistyczne pasuje do komiksu, którego główny bohater nosi na plecach zweihandera na sterydach i tłucze się ze szkieletami w nawiedzonym lesie, ale jest pierwszym, które przychodzi mi na myśl ilekroć rzucam okiem na sceny walki. Krwawe i bardzo brutalne, to prawda, ale nie w celu szokowania czy epatowania posoką dla samego epatowania. To po prostu element tutejszej estetyki, w który zresztą włożono mnóstwo pracy i serca. Znaczy się ładne są, jakkolwiek by to nie brzmiało.

Guts miażdżący twarz przeciwnika ciosem metalowej ręki.

Polskie wydanie Berserka czyta się dziwnie. Raz, że jest koszerne, więc oczy wędrują po stronach od prawa do lewa i z góry na dół, a dwa, że niepokojąco dużo w nim słów wybijających z rytmu. Nie mam tu na myśli wulgaryzmów – chociaż przejebane trafiło mnie z zaskoczenia – czy dajesz w charakterze zaczepki, tylko sorry oraz przynajmniej jedno ok. Niby nic, ale czytając nietypowo wydany komiks każde takie słowo to dodatkowe utrudnienie. Poza tym rzadko czytam mangi, a już zwłaszcza po polsku, więc musiałem dłuższą chwilę przywyknąć do obecności słowa cholerny tuż obok wojownika o rozmiarach Titanica. Pomijając te drobne niedogodności problemów podczas czytania brak, a koślawość niektórych zdań tłumaczę sobie ich niską jakością w oryginale, którą angielskie skany zdają się potwierdzać.

Pierwszy tom Berserka okazał się więc dokładnie tym, czego oczekiwałem – prostą, ale dobrze przedstawioną historią o wielkim wojaku bez serca i świecie przedkładającym rozwiązania siłowe nad dyplomację. Narysowaną i opowiedzianą na tyle starannie i zachęcająco, że na pewno sięgnę po dalsze tomy, mimo że do tej pory wydano ich ponad 37 i czort wie, ile jeszcze przed nami. Wydam fortunę, ale coś czuję, że będzie warto.