Przejdź do zawartości

Ten wór jest za duży

Poniższy tekst to komentarz do dwóch fragmentów z (prawdopodobnie ostatniego) wpisu od Feminy Ludens. Przed lekturą polecam zapoznanie się z nim, nie jest długi. Dla porządku polecim systemem cytat – moja odpowiedź.

Żeby znaleźć dla siebie samej coś wartościowego [na rynku giereczkowym], trzeba się orientować w całości, przebijać przez wszystkoizm portali, blogów i sklepów internetowych. Nie chcę nikogo urazić, ale czuję się wtedy jak śmietnikowy nurek, bo nie interesuje mnie to medium jako całość, tylko jego niewielki, mało reprezentatywny wycinek, opozycyjna wobec głównego nurtu nisza.

Frustracja zrozumiała, ale w kontekście każdego większego medium nieunikniona. Gdzie dużo kasy, tam prędzej czy później wykształci się główny nurt, ileś nisz oraz totalna opozycja. Muzyka, kino, literatura, animce, wszędzie to samo. Każdy, kogo nie interesuje mainstream, będzie zmuszony do długiego szukania, z regułą Pareto gdzieś z tyłu głowy. Żeby stało się inaczej nisza musi przeistoczyć się w mainstream, a to w przypadku gier artystycznych, jakkolwiek byśmy ich nie defniowali, jest zwyczajnie niemożliwe. Jak by na sprawę nie spojrzeć więcej osób sięgnie po Fortnite niż Dear Esther. Tak samo więcej osób przeczyta Pottery niż Ulissesa.

Bycie mainstreamem to zresztą sytuacja czasowa, będąca efektem pojawiania się i przemijania trendów. Kiedyś mainstreamem były RTSy i przygodówki point and click, teraz strzelanki pierwszoosobowe oraz absurdalnie duże sandboxy. Pamiętacie czasy, gdy każda gra musiała być MMO? Mieć tryb multi? Czteroosobowego co-opa? Crafting? Elementy erpega? Zeitgeist rzecz zmienna, zwłaszcza w giereczkowie.

Można się zżymać, że gry to coś więcej, że to nowa metoda opowiadania historii i wyrażania ludzkich uczuć, ale brutalna prawda brzmi: dla większości ludzi to tylko rozrywka. Sposób na miłe spędzenie godziny lub dwóch po pracy, chwilowego zapomnienia o codziennych trudach. Ba! Dla większości ludzi kino, literatura albo muzyka to tylko rozrywka. Powieści noblistów sprzedają się gorzej od czytadeł, Transformers przyciągnie więcej ludzi od poezji, teatr nie będzie miał startu do Netflixa. Można tego nie widzieć, można widzieć i nie akceptować, ale trzeba się z tym pogodzić. Inaczej pisze się smutne refleksje nad stanem i przyszłości tej czy innej branży, roniące łzy nad czymś, co i tak nie miało szans się spełnić.

Powiedziałbym nawet, że ci sami krytycy i zainteresowani dorzucili swoją cegiełkę do „problemu” przez idiotyczne podejście everything is political. Ludzie nie po to sięgają po eskapizm, by przypominano im o smutnym stanie świata. Ich nie interesuje, że Spider-Man nie zajmuje stanowiska w sprawie brutalności amerykańskiej policji, tylko czy gameplay jest przyjemny. Dlatego gry albo książki starające się Coś Przekazać zawsze będą miały pod górkę. Zwłaszcza gry upraszczające rozgrywkę tak dalece, że są odrzucające. Czymś takim na długo nie zawojuje się ludzkich serc, coraz gorsza kondycja segmentu symulatorów chodzenia dowodem.

[Mainstreamowi gracze i branża] panicznie boją się, że medium może zostać wykorzystane do tworzenia sztuki, może znaczyć i być traktowane poważnie. Niestety, nie da się ich ignorować, bo taka publiczność to nie margines, tylko mainstream, trzon środowiska graczy, a ich przekonania podziela lub przynajmniej aprobuje większość publicystów i autorów.

Przepraszam, ale co to znaczy „traktowane poważnie”? Przez kogo? Krytyków? Prasę? Polityków? Nieorientujących się w temacie normików? I na co komu ich z trudem wywalczona aprobata? Gry wideo to największy sektor rozrywkowy na świecie. Premiery nowych konsol to niemalże międzynarodowe święta. O mainstreamowych hitach w rodzaju RDR 2 piszą wszystkie duże perdiotyki. Premiera każdej większej gry sieciowej to wielodniowe pożary serwerów. Co na ten temat myśli przeciętny Kowalski to nieistotne. Dla niego gry to sposób na zabicie paru godzin po pracy. Więcej nie trzeba, bo i po co?

Brak szacunku u tej czy innej grupy nie jest problemem. Jest nim usilne udowodnienie, że gry są Poważne i Dojrzałe i poruszają Ważkie Problemy. Efektem jest epidemia cutscenek, grim and gritty historii oraz nieustanne podkreślanie jaki to ten czy inny blockbuster jest filmowy. Większości ludzi to nie interesuje, tak jak nie interesuje ich artystyczna wartość filmów albo książek. Większość z nich nie wie co dzieje się na rynku, co i jakie wyznacza trendy. Nie jara ich to, nie mają kiedy, muszą filtrować sto tysięcy nowych informacji. Wpadnie im w ucho, że nowy CoD wyszedł, pograją i tyle.

Mainstreamu nie interesuje artyzm, tylko rozrywka, obojętnie o którym medium mówimy. Od walki z tym faktem lepsze jest urządzenie dla siebie wygodnej niszy. Że będzie mała, to trudno. Na świecie i tak jest już za dużo do roboty.