Przejdź do zawartości

To się nigdy nie zestarzeje #1

Czyli o filmach (i nie tylko) wartych ponownego obejrzenia słów kilkaset.

Dzisiejszą notkę sponsoruje długi wpis Wiedźmy na Orbicie o tytułach, które nie tracą swojego uroku nawet po dwudziestym seansie. Pierwotnie miała ona formę komentarza, ale ten rósł, rósł, aż wreszcie przerodził się w pełnoprawny tekst na bloga. Żeby jednak nie być posądzonym o bezczelne kopiowanie, to do filmów dorzucam również seriale animowane oraz mały bonus. 

Tekst wyszedł mi długi, dlatego, nie chcąc was pogrzebać pod lawiną słów, podzieliłem go na mniejsze kawałki. Endżojcie.

W pełni heroiczna poza.

Kino superbohaterskie

Jestem wielkim fanem Batmana. Co prawda z jakością jego aktorskich przygód bywa różnie, patrz chociażby troszkę nierówna i z deka zbyt patetyczna trylogia Nolana, ale animowane nie zawiodły mnie ani razu. Rysunkowych perypetii Gacka było całkiem sporo, ale za najlepszą uważam  i wiem, że nie jestem pod tym względem osamotniony  Batman: The Animated SeriesTen trzysezonowy serial kocham z wielu powodów. Przede wszystkim była to jedna z animacji mojego dzieciństwa, z całkiem sensownym dubbingiem puszczanym w TV w czasach, gdy nie posiadałem jeszcze internetu (czyli całkiem dawno). O dziwo z tamtego oglądania pamiętam wyjątkowo dużo, chociażby gangsterów strzelających z tommy gunów do jakiegoś uciekającego po torach kolejowych faceta oraz nieźle dobrany głos gadającego po polsku Batmana. Tak wtedy, jak i podczas powtórnego obejrzenia oczarowało mnie Gotham City, utrzymane w klimacie gangsterskich lat czterdziestych miasto, ze swoimi wieżowcami, policyjnymi sterowcami (dzięki serialowi zyskały status kanonicznych), stylowymi samochodami, a przede wszystkim eleganckimi mobsterami, załatwiającymi ciemne interesy w opuszczonych magazynach i nocnych klubach. Co ciekawe, Gacek idealnie się w te klimaty wpasował, będąc dla mnie i wielu innych osób jedyną prawdziwą i słuszną wizją tego bohatera. Do tego dorzucić trzeba nowoczesną technologię w retro stylizacji, przywodzącej na myśl Falloutawyraziste szwarccharaktery (najlepszy możliwy wygląd Jokera, gadającego najlepszym możliwym głosem Marka Hammila, elegancki i dystyngowany Pingwin, ubrana jak trzeba i nie szpanująca dekoltem na każdym kroku Catwoman), a przede wszystkim dość ponure, nastrojowe historie, kojarzące mi się z kinem noir, ale nie popadające w nadmierny patos. Serio, większość odcinków poradziłaby sobie bez superbohaterskiej otoczki, tak dobrze były, i wciąż są, napisane oraz poprowadzone. Co prawda ostatni sezon wprowadził nową kreskę (wciąż niezłą, ale gorszą od poprzednika) i nieco inną stylizację, ale nie był w stanie zepsuć mi radochy płynącej z oglądania serialu, w którym, mimo usilnych starań, wciąż nie jestem w stanie dostrzec znaczących wad.

Poza tym TAS to jedyna seria z Batmanem, gdzie cieszyłem się jak dziecko, gdy na ekranie pojawiał się Joker. Potem oglądając inne serie albo przyglądając się grom zawsze porównywałem ich Błazna do poprzedniego i za każdym razem hammilowy był nie do pobicia. Kto choć raz posłucha jego głosu, a przede wszystkim śmiechu, ten z pewnością przyzna mi rację.

Niezwykle heroiczna grupowa poza.

Jak Batman, to i reszta bohaterów ze stajni DC, a co za tym idzie animowana (bo aktorska to powstaje i powstaje i powstać nie może) Liga Sprawiedliwych. Pojedyncze odcinki tego cudeńka leciały swego czasu na Cartoon Network w wersji z dubbingiem i były całkiem strawne do oglądania, gdyby nie zupełnie pomylona kolejność. Co było szczególnie bolesne w sezonie czwartym, kiedy to pojawił się dłuższy wątek fabularny (drugi z kolei), a ja nie wiedziałem, kto z kim, jak i dlaczego. Zresztą ta kiepska praktyka dotknęła również innych seriali. Dlaczego tak było, nie wiem do dziś.

Co jest w Lidze dobrego? Dużo rzeczy. Przede wszystkim serial nie udaje, że jest czymś więcej, aniżeli pełnymi akcji przygodami superbohaterów w kolorowych ciuszkach i z gatkami na wierzchu. Jasne, tu i ówdzie zdarzają się trochę poważniejsze wątki, a niuanse wielu scen raczej nie zostaną wychwycone przez młodszą widownię  patrz chociażby bardzo subtelny wątek romansowy między Wonder Woman a Batmanem  ale poza tym każdy odcinek to festiwal bijatyk, eksplozji i kolejnych złoczyńców, kosmitów i anomalii (pojawiają się chociażby podróże w czasie i Naziści, alternatywne rzeczywistości i galaktyczne trybunały karne, a nawet motyw zamiany dorosłych w dzieciaki, z całkiem zresztą interesującymi skutkami), którzy pragną zniszczyć, zdobyć albo w inny sposób wykorzystać Ziemię (dotrwaliście do końca tego zdania? Brawo dla was ^^).

DC ma bogate uniwersum, więc serial stał się doskonałą okazją do zaprezentowania co ciekawszych postaci, miejsc i wydarzeń z komiksów, niekoniecznie znanych szerszej publiczności (korpus Zielonych Latarni na ten przykład, czy herosi pokroju Zielonej Strzały). W dwóch odcinkach pojawia się nawet gościnnie Batman z przyszłości wraz z kolegami, zaś większość pierwszego i cały trzeci sezon koncentruje się bardziej na postaciach i ich wzajemnych relacjach, aniżeli walce ze złem. Dzięki Lidze dowiedziałem się, że ludzkich Zielonych Latarni było kilka, Zielona Strzała to goguś o złym sercu, skąd pochodzi Marsjanin, czym jest Projekt Cadmus oraz dlaczego powinienem docenić jego szefową, Amandę Waller. Ważne jest również to, że mimo dość luźnej struktury (na pięć sezonów jedynie w trzech pojawia się dłuższy wątek fabularny) Liga stara się zachować ciągłość. Zdarza się, że motywy z pierwszych odcinków (a także innych produkcji DC, na przykład Superman: The Animated Series) są wspominane w dalszych i to jest coś, co w każdym serialu przyjmę z otwartymi ramionami.

Mniej heroiczna grupowa poza.

Konkurencja w postaci Marvela nie zasypywała gruszek w popiele i również puściła na rynek kilka serii animowanych, spośród których najcieplej wspominam X-Men: Ewolucję, czyli historię nastoletnich uczniów szkoły Charlesa Xaviera dla utalentowanych dzieciaków. Ten serial również puszczano kiedyś kiedyś w TV, ale tak się nieszczęśliwie złożyło, że bez ostatniego sezonu, urywając wątek głównego złego tuż po tym, jak ten się pojawił i dodając kolejny punkt do listy przewin Cartoon Network. Na szczęście dubbing był w porządku, więc po latach nie chowam urazy. Zbyt mocno.

Ewolucja jest o tyle ciekawa, że wykorzystanie młodszych wersji znanych bohaterów (poza Loganem, Sztorm i paroma innymi) pozwoliło na stworzenie specyficznego miksu. Z jednej strony mamy ukrywający się przed oczyma ludzkości, a później walczący z prześladowaniami świat mutantów ze swoimi blaskami i cieniami, a z drugiej nastolatki i ich problemy ze szkołą, rówieśnikami czy niedawno przebudzonymi, wielce niestabilnymi i niebezpiecznymi dla otoczenia mocami. Do południa nudne zajęcia i odrabianie prac domowych, wieczorem mordercze treningi z użyciem przysłowiowej ostrej amunicji. To wszystko podano w przyjemnej dla oka szacie graficznej, która, jak podejrzewam, jeszcze długo się nie zestarzeje. Chyba jedyne, co mogę młodym X-Menom zarzucić, to troszkę za mała liczba odcinków (zwłaszcza w przesadnie krótkim czwartym sezonie), a co za tym idzie, zbyt szybkie urwanie historii i niektórych wątków. Nie obraziłbym się na jeszcze jeden sezon, ewentualnie dwa. Pewnym zgrzytem jest również niemożność dostania pełnego soundtracku, o czym świadczy fakt, że podczas przeszukiwania sieci natrafiłem tylko na dwa kawałki, chociaż serial oferuje dużo więcej. 

Stuprocentowo nieheroiczna poza.

Co dalej? No tak, Avengers. Produkcja, która moim skromnym zdaniem stanowi wzorcowy przykład dobrego przeniesienia świata komiksu na ekran (w tym czysto rozrywkowym aspekcie, bo Strażnicy również są świetni, ale w inny sposób). Jest tu wszystko, czego mógłbym wymagać od kina superbohaterskiego: wyraziści obrońcy ludzkości i ich oponenci, dobre dialogi, w miarę spójna fabuła, nienachalny humor, wartka akcja, wpadająca w ucho muzyka, przede wszystkim zaś brak odbrązawiania mitów i nacisku na realizm, które w moich oczach zabiły nowego Batmana. Chciałem zdrowej dawki czystej rozrywki, one linerów i nawalanki i dostaję to wszystko przy każdym obejrzeniu. Podobnie mam zresztą w przypadku Iron Mana. Pierwszego, chociaż pozostałe, głównie trójkę, również uznaję za niezłe. Człowieka z Żelaza oglądałem w ciągu ostatniego roku trzy, jak nie cztery razy i po każdym seansie mówiłem sobie: „Ja chcę jeszcze raz!”. To chyba przez ten świetny balans elementów składowych, poczucie, że tutaj jest wszystko, czego potrzeba i to w ilości idealnej. Fakt ten uderzył we mnie z całą siłą podczas nocnego maratonu, kiedy to miałem okazję porównać wszystkie składowe trylogii i docenić jakość jej wykonania. Jak to bywa w przypadku melomanów, film łapie u mnie wielkiego plusa za soundtrack (no proszę was, kto by nie pokochał filmu, gdzie w tle leci AC/DC?) oraz początkową scenę, która tak mi się spodobała, że motyw konwoju jadącego przy dźwiękach Back in Black wykorzystałem już w jednej sesji oraz opowiadaniu. No i Robert Downey Junior.

Rozpisałem się, więc w krótszych słowach dorzuciłbym do tego zestawienia również Młodych Sprawiedliwych. Za wiele rzeczy, ale głównie wykorzystanie patentu z Ewolucji (młodzi bohaterowie, a dokładniej rzecz biorąc, to przyboczni i protegowani Batmana i spółki) oraz postać M’gann M’orzz, czyli najsympatyczniejszej Marsjanki w historii animacji. Serial ma dwa sezony, ptaszki ćwierkają, że być może powstanie trzeci, więc jest na co czekać.

Kino SF

Postheroiczna poza.

Jeśli miałbym wymienić jeden jedyny film SF, który gotów jestem oglądać tydzień po tygodniu, to byliby to Żołnierze Kosmosu. Raz, że nie znam wielu wojennych filmów sajfaj (i mam problemy ze znalezieniem kolejnych nie będących animacjami, mimo długich i wnikliwych poszukiwań), więc w swojej kategorii nie posiada on zbyt dużej konkurencji. Dwa, że był w zasadzie moim pierwszym wojennym filmem sajfaj, więc logika podpowiada, że inne nie mają szansy strącić go z podium. Trzy, że w swojej kategorii jest po prostu bardzo dobry. Cenię go za bohaterów grających więcej, niż tylko jedną miną, a którą to umiejętność z upływem czasu, a z nieznanych mi przyczyn, zatracili. Lubię za wciąż robiące wrażenie (i z powodu kosztów będące jedną z przyczyn klapy filmu) efekty specjalne, wywołujące ciarki na plecach szarże robali oraz eksplodujące z powodu ostrzału plazmowego okręty Federacji. Kocham za odrażających arachnidów w każdej wersji i kolorze, z uzbrojonym w miotacz ognia żukiem na czele. Wiem, że nowe Gwiezdne Wojny mają niezłe sceny batalistyczne, ale mając do wyboru walki na Naboo i rzeź na Klendathu wraz z obroną fortu na planecie P, to bez wahania wybrałbym to drugie (i trzecie). Chociażby dlatego, że Żołnierze ukazują walkę z całą jej brutalnością, z odcinanymi kończynami i sikającą na wszystkie strony krwią, czego w baśniowym SW troszkę (tylko troszkę) mi brakuje.

Poza tym Starship Troopers to zgrywy z propagandy i nazistów, z nieśmiertelnym: „Chcesz wiedzieć więcej?” na czele, a przede wszystkim grany przez Michaela Ironside’a, kradnący drugą połowę filmu Jean Rasczak. Facet mógłby opowiadać o cyklu rozpłodowym pingwinów cesarskich, a ja i tak słuchałbym go z zapartym tchem, notując co lepsze teksty. Tym bardziej me serce się kraje na myśl, że zarówno dwójka i trójka, jak i animowana Inwazja nawet nie próbowały zbliżyć się do poziomu pierwowzoru, tym samym grzebiąc wszelkie szanse na udany cykl.

Ponownie heroiczna poza.

Pozostając w klimatach wojennych i przenosząc się do Odległej Galaktyki: Wojny Klonów. Te stare, w wykonaniu Genndy Tartakovsky’ego, z kreską wziętą z Samuraja Jacka. W Polsce puszczano je swego czasu w formie kilkuminutowych epizodów (ponownie kolejność losowa. Albo poprawna, tylko ja nigdy na nią nie trafiałem), jednak na całe szczęście udało mi się dorwać wersję całościową. Spora ulga, bo przynajmniej zostałem zmuszony do spoglądania na napisy raz, a nie ponad trzydzieści z hakiem.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po obejrzeniu w całości Wojen odświeżyłem sobie II Epizod SW i zobaczyłem, że uśmiechanie się przychodzi Anakinowy z trudem. Jakże ciężko było mi zaakceptować aktorską wersję młodego Lorda Vadera, gdy wciąż miałem w pamięci animowaną, w której chłopak posiada osobowość i ją okazuje, zamiast przybierać stale wyraz twarzy „jestem złym i mrocznym jedi, zaraz przejdę na ciemną stronę”. Kreskówkowa przyjaźń z Obi-Wanem i romans z Padme na tle filmu nagle wydały mi się prawdopodobne, żywe, autentyczne. Jedna scena we wspólnie dzielonym okopie powiedziała mi na temat mistrza i padawana więcej, niż cała nowa trylogia razem wzięta. Seriously, gdyby tak wyglądały Epizody od I do III (fabularnie, chociaż graficznie wcale nie wypadają źle), to może ludzie lepiej przyjęliby prequel do magnum opus Lucasa. Co prawda część scen i rozwiązań, chociażby przepotężni rycerze Jedi w pojedynkę rozwalające całe armie, albo niosące śmierć maszyny wielkości miast nie są uznawana za kanoniczne, ale chrzanić to. Star Wars to jedyna znana mi marka, która ma pięć stopni kanonu, więc wszelkie dyskusje na ten temat traktuję jak akademickie spory o wyższość jednego gatunku metalu nad innym. Poza tym mini-serial broni się scenami batalistycznymi (bitwy na orbitach, pościgi myśliwców, akcje słynnego republic commando  mmm, ja chcę więcej!) oraz byciem pomostem między fabułą z Epizodów II i III, która to fabuła, jak pewnie niektórzy pamiętają, zionie w tamtym miejscu sporą dziurą (wiem, że ową dziurę zapełnia ponoć książka Labirynt Zła. Wszystkim, którzy chcą mi o tym fakcie przypomnieć patrz trzy i cztery zdania wcześniej).

Awanturniczo-heroiczna poza.

Kosmos to wspaniałe miejsce nie tylko na toczenie wojen, ale i na awanturnicze wyprawy. A jak awanturnicy, to i skarby, a nawet cała Planeta Skarbów. Minęło jedenaście lat od premiery tejże zacnej, disneyowskiej produkcji (która rozgrywa się w kosmosie, więc może być podpięta pod SF, jakby kto chciał się czepić), a ona wciąż trzyma zaskakująca wysoki poziom. Jasne, w praktyce jest to przeniesienie znanej opowieści w usianą gwiazdami pustkę i jasne, malkontenci mogą z tego powodu kręcić nosem, ale uczyniono to w niezwykle urzekający sposób. Wciąż podobają mi się połączenie nowoczesności i rozwiązań dawno przestarzałych, w postaci XVIII-wiecznych okrętów z żaglami pełniącymi funkcje baterii słonecznych. Podobają mi się kosmici w roli marynarzy, John Silver ze swoją wielofunkcyjną, metalową ręką, a przede wszystkim kapitan Amelia Clip, jedna z ciekawszych kobiecych postaci w filmach animowanych. W Planecie jest wartka akcja, nieco dramatu, szczypta zabawnych dialogów, sporo wyrazistych bohaterów i wreszcie góra skarbu na końcu podróży. Czegóż można chcieć więcej i dlaczego miałbym na to wszystko wybrzydzać, gdy i po drugim, i trzecim seansie byłem urzeczony? No dobra, nie obraziłbym się na dodatkowe pół godziny animacji i więcej scen z panią kapitan i doktorem Delbertem, którą to parę bardzo polubili internauci (if you know what I mean), ale rozumiem, że nie można mieć wszystkiego.

To na dzisiaj tyle, ciąg dalszy za tydzień. O ile ochota na ponowne obejrzenie wszystkich wyżej wymienionych rzeczy nie okaże się silniejsza, bo w takim wypadku będę miał co innego na głowie.

Chcecie pogadać o herosach i awanturnikach? Może tutaj?

 

Ilustracje przemocą sieci wydarte.