Przejdź do zawartości

Trudna miłość, czyli Alpha Protocol

Reading Time: 5 minutes

Alpha Protocol, muszę ci pogratulować. Przez ciebie prawie rozwaliłem pada.

Chciałem rzucić nim o podłogę w czasie walki z oficerem chińskiej tajnej policji, po entej śmierci z rąk jego przydupasów. W czasie przekradania się przez rosyjską stację kolejową, gdy padłem z ręki wroga strzelającego z drugiego końca mapy. Gdy zauważyłem, że zapomniałeś ustawić checkpointa między dwoma budynkami pełnymi przeciwników i pułapek. I pewnie jeszcze w nastu innych momentach, o których zapomniałem.

Miałem ochotę wywalić cię z dysku z powodu kolejnej minigierki z otwieraniem zamków. Tej, która wymaga precyzyjnego użycia LT i RT, z tykającym zegarem nad głową. Tej samej, która w razie klęski odpala alarm w budynku, nawet jeśli dobierałem się do kłódki. Czy Twoje kłódki są podpięte do Sieci? Czy dziesiątki Twoich tajnych organizacji nie mają lepszych wydatków? I czy wiesz, że przy użyciu myszki ta minigierka staje się banalna? Wiesz jak się czułem przełączając się między gryzoniem i padem tylko dla niej? Wiesz jak drażni brak autowykrywania włączonego pada?

I żebyś oferował jakieś sensowne nagrody za moje starania. Jakąś grubszą kasiorę albo rzadki sprzęt. A ty co? Raz dziesięć kafli za trzy banalne zapadki, raz kafel za pięć. Który z twoich licznych ojców tyle ustawił? Ten sam, co dał tajwańskiej policji granaty? Czy może jego kolega z biurka obok, według którego bez paru sekund celowania pocisk z pistoletu trafi we wszystko, tylko nie w cel? Nawet jeśli strzelec jest tak dobry, że potrafi zasadzić sześć headshotów jednocześnie? Czy to przez ciebie lekkie wychylenie się zza osłony może mnie kosztować połowę zdrowia? Czy odpowiadasz za to, że do dziś nie wiem które obiekty mogą służyć jako osłona, a które w umowie miały tylko „dekoracja”?

Twoje AI to żart, ale za to ci akurat dziękuję. Gdyby nie aktywnie ignorujący osłony, na wpół ślepi i głusi strażnicy, granie na hardzie byłoby ciągłą torturą, a tak miałem przynajmniej jakieś szanse na przetrwanie. Byłoby łatwiej, gdybyś mi zawczasu powiedział „Walka wręcz? Szkoda XPków, inwestuj w cokolwiek innego. Najlepiej jakąś broń, bo będziesz się szczelał z bossami, czy tego chcesz, czy nie”. I że prawie wszyscy mają przy sobie granaty, nawet ruska mafia popylająca cały dzień w dresach Adidasa. I że czasem dwa celne headshoty z bonusem X2 do obrażeń to za mało. I że odkrycie przez jednego patrolowca oznacza zaalarmowanie wszystkich w okolicy, jak w każdej porządnej skradance od czasu pierwszego Metal Geara. I że nigdy nie ma się pewności czy ktoś na mnie właśnie patrzy i jak daleko sięga jego wzrok. I dopisz tak ze sto więcej, panie „szpiegowska gra RPG”.

Ale wybaczam ci to wszystko, tak jak wybaczyłem pierwszemu Mass Effectowi jego liczne grzeszki. Jesteś grą Obsidianu, w chwili twoich narodzin na świat przychodził również New Vegas. Wyraźnie widać, że nie starczyło dla ciebie czasu, ludzi, budżetu, a pewnie wszystkiego naraz. Starczyło za to na scenariusz, który mimo paru błędów i wypaczeń był głównym powodem, dla którego nie rzuciłem cię w kąt, a nawet zacząłem lubić. Nie bez przeszkód i z wieloma uwagami, ale nie ma związków idealnych, prawda?

Powiem jednak od razu – niewiele z Twojej opowieści zrozumiałem. Pamiętam pracę w supertajnej agencji szpiegowskiej, zdradę oraz próbę ukarania winnych. Pamiętam wędrówki po świecie, poznanie paru kolegów i koleżanek po fachu, co najmniej dwa zwroty akcji i trochę dramatycznych wyborów. Trafiło się nawet kilka szans na płomienny romans, jak w każdej porządnej historii o fantastycznych tajnych służbach. Ale żeby wyjaśnić kto z kim, jak i dlaczego? Gdy rzucasz we mnie aktami co najmniej dwudziestu organizacji i dwa razy tylu imiennych postaci? W całym mieszkaniu nie starczyłoby miejsca na tablice korkowe do uporządkowania tego wszystkiego. Może taka jest cena nieliniowych historii? Że musisz je poskładać niczym meble z Ikei i jak zgubisz fragment albo dwa to masz problem?

Ale powiem ci, że niespecjalnie mi to przeszkadza. Wystarczy, że szanujesz moje decyzje oraz kopiesz po kostkach za błędy, także te nieoczywiste. Jak wtedy, gdy straciłem respekt u informatora za niezgłoszenie się do niego natychmiast po przyjeździe do miasta. Albo gdy znajomi z Moskwy wspominali o moich wyczynach w Rzymie i Tajwanie. Albo gdy sojusznik nagle zmienił się we wroga, bo chociaż cel mieliśmy wspólny, to metody inne (ale potem się dogadaliśmy, jak na profesjonalistów przystało). Albo gdy pozostawiony przy życiu przeciwnik przyszedł mi później z pomocą. Szanuję takie zagrania. Zachęcają mnie do przymknięcia oka na mechaniczne babole i kto wie, może nawet przejścia Ciebie po raz drugi. Ale tym razem na easy i z lepiej wydawanymi PDkami.

Szanuję również, że nie zmuszasz mnie do zabijania. Nie tylko szeregowych żołdaków i najemników, ale również imiennych postaci (może z dwoma wyjątkami, ale użyłem na nich ostrej amunicji, więc cholera wie). Nie pamiętam która inna gra pozwalała oszczędzić życie bossowi, co by później skorzystać z jego pomocy i zasobów. Do głowy przychodzi mi tylko wyrywkowo Torment, bo jednak Ravelę czy Triasa trzeba było ubić. Nawet superklasyk erpegów jakim jest Fallout domagał się śmierci Mastera i wysadzenia bazy mutantów (dołączenie do ich armii to żadne zakończenie, sorry). Masz się więc czym pochwalić.

Doceniam też bondowski klimat. Brudne mieszkania jako fronty supernowoczesnych kryjówek, gadżety, wymiany uprzejmości ze złoczyńcami w skórzanych rękawiczkach, płomienne romanse, absurdalnie rozrośnięte konspiracje oraz agencje o nieskończonym budżecie znane może dziesięciu ludziom na całym świecie, wliczając ich członków. Pozwoliłeś sobie nawet na trochę szpiegowskiej muzyki przywołującej skojarzenia ze złotymi czasami Connery’ego. Albo to powidoki po maratonie Bondów, nie mam pojęcia. No i ten Josh Gilman w roli Michaela Thortona. Mógłbym całe dnie słuchać jego kąśliwych uwag i prób flirtowania z operatorkami. Szkoda, że aktor nie ma na koncie zbyt wielu podobnych ról. I większych ról w ogóle. Byłby z niego spoko Shepard renegat.

Alpha Protocol, spędziłem z Tobą 20 godzin, z czego pewnie 1/4 z tego z zaciśniętymi z nerwów zębami. Istnieje szansa, że poświęcę jeszcze kilka na sprawdzenie innych ścieżek Twojej fabuły, ale na tym pewnie skończy się nasza znajomość. Lubię Cię, ale dla dobra nas obojga nie możemy się widzieć zbyt często. Chyba ze ktoś zapłaci Obsidianowi za zremasterowanie Ciebie, w co akurat bardzo wątpię. Szkoda, bo spokojnie zaliczyłbym Cię do tej samej kategorii, co Deus Exa albo Vampire: The Masquerade: Bloodlines – technicznie mocno skopanych, ale poza tym wartych poznania gier.

PS: Ale że Bethesda nie spojrzała na Twój system dialogowy i nie powiedziała „Może jednak spróbujmy czegoś innego?”…