Przejdź do zawartości
Słusznych rozmiarów bóbr z miasta Beaverlodge.

Trzecie urodziny bloga

6 lutego 2013 roku, na pachnącym świeżością, blogspotowym blogasku, opublikowałem Drabinę sukcesuBył to mój pierwszy wpis od czasu wyprowadzki z upadającego Poltergeista niepoświęcony papierowym erpegom.

Przed zebraniem gratów i pójściem „na swoje” blogowałem na Poltergeiście. Pisałem tam bez większego planu o wszystkim i niczym, a przestałem gdzieś po trzech latach, gdy atmosfera serwisu i stado grasujących po nim trolli zaczęły działać mi na nerwy. Na Polterze, by być dokładnym, próby blogowania były dwie. Pierwsza miała miejsce jakieś sześć lat temu, składa się z trzech wpisów o długości listy zakupów i została porzucona z racji braku zapału. Próba druga wymagała wielu miesięcy przerwy i wywalenia efektów pierwszej, ale jej efekty okazały się trwalsze i sensowniejsze. Ciekawe dlaczego? Tuż po wyprowadzce narodził się również osoby blogasek blogspotowy, w stu procentach poświęcony Warhammerowi, Dedekom i innym grubym książkom dla piwnicznych nerdów, ale on również nie przetrwał zbyt długo. Po roku mi i kumplowi wyczerpały się baterie i kolejne wpisy wrzucaliśmy z częstotliwością urzędu skarbowego przyznającego się do pomyłek.

Bobrownia na tle tego zestawu jest ewenementem. Nie dość, że ciągle istnieje i ma się całkiem dobrze, to przez większość czasu była regularnie rozbudowywana o teksty liczące nierzadko kilka tysięcy słów. Skoro zaś udało się jej przetrwać całe trzy lata – o prawie trzy więcej, niż zakładałem – to postanowiłem skorzystać z okazji i trochę poopowiadać na jej temat. Oraz o mnie, bo jedno się z drugim łączy. Ponoć niektórych takie rzeczy interesują, więc dlaczego nie?

Na początek oczywistość:

Bobrownia powstała bez pomysłu

W pierwszych miesiącach istnienia był to blogasek o grach wideo. Gdy uznałem, że trzeba mi więcej, stał się blogaskiem o (pop)kulturze. Na żadnym z tych etapów nie wiedziałem, co dokładnie chcę z nim zrobić. Wpierw regularnie, potem nieregularnie pisać o różnych tematach, ale co to dokładnie miało znaczyć? Jaki był cel w tym wszystkim? Czy chciałem stukać w klawiaturę dla czystej frajdy składania literek w słowa, czy może dla gór hajsu i koki wciąganej z dekoltów prostytutek? No i o czym? Najnowszych filmach, starych grach wideo, motywach popkulturowych? Te wszystkie napoczęte cykle czy skakanie po zagadnieniach nie wzięły się znikąd. Ja przez długi czas zwyczajnie nie wiedziałem, o czym chcę opowiadać moim czytelnikom. Do pewnego stopnia wciąż tego nie wiem.

Nie miałem również żadnego planu co i kiedy chcę napisać. Harmonogram – zresztą dość luźny – zacząłem stosować dopiero od stycznia tego roku, wcześniej sięgając po tematy, które akurat przyszły mi do głowy w danym tygodniu i nie uciekały po kwadransie mentalnej obróbki, albo których nie wywaliłem do kosza z rozmaitych powodów. Rzadko też szukałem odpowiedzi na pytanie „jak trafić do większej liczby czytelników?”, a jeśli już mi się zdarzyło, to efekty umierały śmiercią naturalną. Do zasad SEO zacząłem się stosować dopiero od zeszłego roku, a na serio serio dopiero od tego. Widoczny od paru tygodni nowy zapis tytułów wpisów to próba znalezienia czegoś, co z jednej strony będzie przyjazne wyszukiwarkom, a z drugiej dobrze brzmiało. Mgliste tytuły mają swoje zalety, ale czytelników przyciągają te proste i zrozumiałe. Pierwszy wpis z mini-serii Soulsowej dowodem. Nie wiem, jak to będzie wyglądało w nadchodzących miesiącach. Eksperymentuję.

Z paroma innymi rzeczami zresztą też. Motyw bloga zmieniałem ze cztery razy, z czego kolejny raz nastąpi pewnie za pół roku. Albo szybciej, jak ruszę tyłek i napiszę go sam. Myślałem o stworzeniu szablonów dla różnych kategorii wpisów, ale póki co na myśleniu się skończyło. WordPress to użyteczny kombajn i bardzo chciałbym wykorzystać pełnię jego możliwości, tylko jak przychodzi co do czego, to pomysły nie chcą się pojawiać. Taka ich wredna natura. Podobnie myślałem kiedyś o bardziej regularnych miniseriach – publikowanych codziennie grafikach/newsach, zbiorach informacji z komentarzem, przemyśleń i tak dalej. Na szczęście szybko do mnie docierał bezsens takich pomysłów. Znaczy może poza tym ostatnim, bo czasem jest temat, ale nie ma sensu opisywać go z pomocą setek słów. Zazwyczaj dzielę się z nim na Twarzoksiążce, podczas gdy równie dobrze mógłby stać się częścią przygotowanego na szybko bigosu. Co prawda inni próbowali tego samego i po pewnym czasie dali sobie siana, ale…

A i Karnawał Blogowy miał pójść do kasacji, ale nie poszedł. I pewnie nie pójdzie, bo wprowadza odrobinę regularności do mojego ciut nieuporządkowanego życia.

Strona miała zostać zamknięta kilka razy…

Nie wiem, czy zdarzyło mi się o tym wspomnieć, ale jestem osobą o skłonnościach (zaburzeniach? Raczej nie, lekarze niczego nie wykryli) depresyjnych. Kiedyś żartowałem, że moje życie można opisać z pomocą nieregularnej sinusoidy, o ile przymknie się oko na bezsens takiego stwierdzenia. Bywają w nim dni, gdy jedyne, na co mnie stać, to leżenie z oczyma utkwionymi w suficie i rozmyślanie nad sensem życia. Dni czasem zostają skrócone do godzin, czasem rosną do połowy tygodnia, a ja jestem jak ten telefon na ostatniej kresce baterii, bez sił i ochoty na pracę, rozrywkę, generalnie cokolwiek. Po co bowiem marnować czas na Starcrafta, muzykę albo jakieś produktywne zajęcie, skoro i tak wszyscy żyjemy na małym kawałku skały gdzieś na zadupiu galaktycznej pustki?

Przy okazji takich bardzo budujących chwil zdarza mi się analizować całe moje życie, ze wskazaniem na błędy ma się rozumieć, i prędzęj czy później dochodzę do smutnych wniosków. Że w sumie na co mi to niszowe hobby, produktywniej byłoby nauczyć się 3DS Maxa i zostać znanym i bogatym twórcą modeli do gier wideo i tym podobne, utylitarne rzeczy. Pomysł ze skasowaniem bloga miałem pi razy oko trzy razy, z czego raz byłem gotów wprowadzić zamysł w życie. Bez uprzedzenia, po prostu wszystko wywalić do kosza – wcześniej robiąc kopię zapasową albo nie, szansa 50 na 50 – skasować fanpejdż i udawać, że nigdy nic się nie stało, a przeszłość oddzielam grubą kreską. Czego nie zrobiłem, bo czytelnicy. Znaczy się między innymi oni, bo cały projekt funkcjonuje również dzięki sile rozpędu i w zgodzie z efektem utopionych kosztów – skoro już poświęciłem tyle miesięcy życia na nie pisanie bestsellerowej powieści albo kodzenie nowego Undertale, to równie dobrze mogę poświęcić jeszcze kilka – ale jeśli podejść do sprawy matematycznie, to ludzie stanowią tak z 80% powodów (wiem jak to brzmi, sza).

… ale ocalała dzięki czytelnikom

Ale nie tylko dlatego, że was lubię czy coś, chociaż stanowicie miłą kompanię do dyskusji na temat Asasynów, co się skończyły na Brotherhood, czy wspólnego jojczenia na EA. Tym bardziej nie z powodu waszej liczby, bo ta wciąż jest dość skromna jak na tak długo istniejący projekt (moja wina, za rzadko ze swojej niszy wychodzę). Pogaduchy na Facebooku czy polemiki na innych blogach są miłe i witane z otwartymi rękami, ale niemałą rolę w tym wszystkim odgrywa również obowiązek. Wychodzę bowiem z, prawdopodobnie głupiego, założenia, że czas to nieodnawialna i stale wyczerpująca się waluta, której dziennie wcale nie ma zbyt dużo do wykorzystania. Skoro więc ktoś decyduje się poświęcić swój czas akurat na ten jeden blog spośród tysięcy podobnych, to czuję się zobowiązany odwdzięczyć się w miarę regularnymi i co najmniej dobrymi tekstami. W końcu mógł pójść gdzie indziej, a mimo to postanowił zostać. Ludu pod mównicą może być mało, ale sama jego obecność jest budująca i stąd żadnej cichej kasacji. Byłoby to zwyczajnie nie fair wobec nich, o czym sumienie długo nie pozwoliłoby mi zapomnieć.

Poczucie obowiązku to w ogóle problem dla mnie jest, bo wystarczy, że ktoś napisze „chętnie poczytałbym o…” i już czuję wewnętrzną presję. Niepełna tetralogia poświęcona Starcraftowi czy megawpis na temat filmów z Jamesem Bondem powstały właśnie w ten sposób, dzięki komentarzowi pod losowym statusem na twarzoksiążce, po których powiedziałem sobie „muszę to zrobić”. Co jest dość frustrujące, bo jestem typem człowieka gotowym zapisać plik wordowski osiemnaście razy dla pewności, że wszystko jest ok, ewentualnie odpalić kompa w środku nocy w celu poprawienia jednego buga, co go zauważyłem tuż przed snem i nie byłem w stanie wywalić z głowy. Właśnie czytany przez was wpis zacząłem tworzyć dwa dni temu, co by wyrobić się na rocznicę. Pechowo wczoraj zostałem przygnieciony robotą, którą udało mi się zakończyć dopiero wieczorem. Normalnie spojrzałbym na zegarek, uznał, że czas się skończył i machnął na to wszystko ręką, jednak dzisiejszy dzień jest szczególny. Na dziś miałem plany, zapisane w kalendarzu na czerwono. Dlatego o drugiej nad ranem ziewając kończyłem tekst, który rano mogłem na spokojnie ostatni raz przejrzeć i poprawić. Ten model tak ma.

Swoją drogą nie wszystkie wpisy z listy życzeniowej udało mi się popełnić. Z niektórymi zwlekam już drugi rok, za rzadko zerkając do wymieniającej je wszystkie notki. Do tej drugiej z listą potencjalnych tematów zresztą też, bo się zrobiła długa na jakieś pół setki zagadnień, a ja nie mam zasobów do przekucia ich wszystkich w teksty. Gdybym miał, to w bazie danych nie leżałoby pięćdziesiąt i sześć szkiców notek. Ok, pięćdziesiąt i mniej, niż sześć, bo nad jedną z nich pracuję, a inna to regularnie uzupełniana wersja robocza podsumowania tego roku, ale wiecie, co mam na myśli. Skasować ich nie skasuję, bo przywiązuję się do rzeczy (jeśli wykryliście w tekście sprzeczność, to punkt dla was), więc pewnie będą leżeć i śmierdzieć aż do dnia zamknięcia tego interesu. Albo zaproszę kogoś, by pomógł mi dokończyć którąś z nich, zobaczymy.

I nie, nie myślałem o wpisach gościnnych. Zresztą ostatni widziałem bardzo dawno temu i pewien nie jestem, gdzie. Może to sugestia, by się za nie nie brać?

I jeszcze trochę pożyje

Bo nie po to opłaciłem domenę i serwer, by przez kolejny rok stały puste. Odliczając robocze strony potrzebne mi do pracy, obvious. Tak więc istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że za rok napiszę kolejny wpis urodzinowy, a potem jeszcze jeden i kolejne. W 2014 się nie udało, ale było na to trochę za wcześnie. W 2015 również, ale już nie tak bardzo. Skoro jednak stronie udało się przetrwać trzy lata, to pewnie uda się jeszcze trzy kolejne. Czego wam i sobie życzę.

PS: Pozdrowienia dla Sstefanii, która urodziny blogaska zapisała sobie w kalendarzu. Nie, ja też tego nie rozumiem.