Przejdź do zawartości

Umiarkowanie majestatyczny ryk króla Kajiu

Godzilla jest tym, czym byłoby Transformers, gdyby Michael Bay znał się na swojej robocie. Albo chociaż udawał, że mu zależy. Oba filmy są pod wieloma względami bardzo do siebie podobne, ale jaszczura z głębin oceanów nie popełnia błędów robotów z kosmosu. Przynajmniej części z nich.

Poniższy tekst nie zawiera spoilerów, a pisała go osoba, której ostatni obejrzany film z Godzillą zawierał wielkiego jaszczura tłukącego na kwaśne jabłko swoją mechaniczną wersję. Jeśli więc nie będę brzmiał jak megafan, to prawdopodobnie dlatego, że nim nie jestem. Za to widziałem wszystkie trzy części Transformers, do których będę się czasem odwoływał. Więc spoilery jeśli już się pojawią, to nie do głównego bohatera notki.

Godzilla, wzorem pierwowzoru, należy do tej samej kategorii, co dowolna historia o trzęsieniu ziemi w Los Angeles albo tsunami w Japonii. Tytułowy potwór posiada zdolny do wyrażania uczuć pysk, ale nie jest obdarzoną charakterem i osobowością postacią, tylko siłą natury. Żywiołem, chociaż ukierunkowanym, niszczącym (niemal) wszystko na drodze do nadrzędnego dlań celu. Dla niego pojedynczy ludzie to mrówki, a uzbrojeni po zęby żołnierze są równie niebezpieczni, co stado komarów, odpędzanych tylko dlatego, że za głośno bzyczą koło ucha. Odpędzaną, lecz nie zabijaną, co mogłyby sugerować trailery albo plakaty. Tak, podobnie jak w przypadku trzeciego Iron Mana, tak i tutaj promowany był zupełnie inny film, niż ten wysłany do kin, gdzie Godzilla przedstawiana była jako niepowstrzymane zagrożenie dla ludzkości. Pod tym względem najnowsza odsłona bliższa jest dalszym produkcjom z tej serii, aniżeli pierwszej z 1954 roku.

W metaforze z komarami tkwi pierwsza zasadnicza różnica między filmami Edwardsa i Baya. W Transformers ludzie ze swoimi czołgami, odrzutowcami i bronią hi-tech stanowili siłę zdolną powstrzymać, a może nawet pokonać wielkie, uzbrojone po ostatnie trybiki maszyny. W praktyce to oni, zwłaszcza w trzeciej części, załatwiali większość roboty (you see what I did here?), podczas gdy Optimus Prime i spółka kręcili się gdzieś w tle. W Godzilli ludzie nie są w stanie nawet zarysować skóry wielkiego, zielonego giganta, a ich działania w głównej mierze polegają na minimalizowaniu strat przy jednoczesnym braku pewności, czy plan pozbycia się zagrożenia w ogóle wypali. Giną na potęgę. Miast bawić się w herosów w walącym się wieżowcu, jak w Dark of the Moon, zachowują stosowną do sytuacji powagę. Są również w pełni świadomi przewagi drugiej strony. W efekcie stwór, którego obecność na ekranie jest zdecydowanie zbyt rzadka, nie staje się li tylko uzasadniającym tytuł dodatkiem. On działa, inicjując wydarzenia, podczas gdy zmuszeni okolicznościami ludzie głównie reagują.

Godzilla król Kajiu demolujący zakorkowany most

Ktoś mógłby powiedzieć, że takie postawienie sprawy nie jest właściwe, że Godzilli powinno być w Godzilli więcej, a ludzie zepchnięci na dalszy plan. Sporo w tym racji, zwłaszcza, że król w pierwszej połowie filmu pojawia się najwyżej raz i to na krótką chwilę, ale nie można zapomnieć, że gad (jaszczur?) nie ma fizycznych predyspozycji do bycia głównym bohaterem. Słusznie skrytykowano Baya za uczynienie z Autobotów jedynie wsparcia dla dzielnych i bohaterskich ludzi, ponieważ maszyny posiadały głosy, charaktery, historię. Wszelkie podstawy do bycia postaciami z krwi i kości, mogącymi poradzić sobie bez przedstawicieli dowolnej organicznej rasy. To ich konflikt, ciąg dalszy toczącej się od iluś lat wojny domowej powinien być głównym motywem filmu, a nie historia chłopaczka pragnącego wreszcie zaliczyć. Działania Godzilli są zdecydowanie prostsze, bardziej zwierzęce od tego, co musiały zrobić roboty (jak obejrzycie, to pojmiecie, co mam na myśli), a przez to wymagają wyjaśnienia ze strony czynnika ludzkiego. Mającego trochę za dużo czasu dla siebie, zwłaszcza w pierwszej części (wątek z ojcem Forda mógł być przycięty tak o 2/3. Stracilibyśmy co prawda kilka poruszających scen z udziałem fenomenalnego, zwłaszcza w scenach emocjonalnego załamania, Bryana Cranstona oraz również niezłą Juliette Binoche, ale początek filmu przestałby się tak ciągnąc), ale istotnego, by w pełni zrozumieć co się dzieje, dlaczego gówno wpadło w wentylator i kto dostanie największym kawałkiem w twarz. Optimus byłby w stanie zrobić to samodzielnie, tutaj potrzebne jest wsparcie. I tak, rzeczone wsparcie nie zawsze sobie radzi, jest go dużo za dużo, a fabuła cierpi z powodu kilku domagających się odpowiedzi pytań, ale nie są to rzeczy, które zepsułyby seans. Za bardzo.

Godzilla grupa ludzi w kombinezonach ochronnych badająca legowisko potwora

W pewien sposób tłumaczy to również brak postaci obdarzonych czymś więcej, niż makietą charakteru (Transformers po raz kolejny). Bo to nie są bohaterowie, to kolejne w arsenale reżysera narzędzia do popychania fabuły do przodu, do bólu archetypiczne i czasem grające tak, że ma się ochotę strzelić je w twarz za kiepską robotę (po filmie nabrałem obaw, czy Aaron Taylor-Johnson udźwignie rolę Quicksilvera, chociaż w Kick-Assie radził sobie świetnie. Bo o Elizabeth Olsen w ciuszkach Wandy nie martwię się ani trochę). Mają się pojawić, zrobić swoje i zginąć albo zniknąć, szczęśliwi z powodu osiągniętego sukcesu. Płaski jak niemiecka autostrada, wojskowy saper Ford Brody służy za mobilny point of view, dzięki któremu możliwe jest oglądanie akcji z bliska, a nie zawieszonych gdzieś nad cyfrowym miastem kamer. Spojrzenie niebezpieczeństwu prosto w potworny pysk, a nawet pokazaniu, że ukąszenie komara również potrafi być bolesne. Bo tak, sceny mordobić i niszczenia miasta są bardzo efektowne, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, ale otrzymują znaczący bonus do fajności, gdy widziane są z perspektywy stojącego na ziemi człowieka, a nie kręcącej się po okolicy drony. W takim momencie czuć, jak wielkim niczym są ludzie z ich zaawansowaną techniką i nowoczesną bronią wobec uwolnionych przez nich sił, co z kolei wzmacnia katastroficzny przekaz filmu. W którym pojawiają się o trzy dzieci i dwa psy za dużo i zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego.

Godzilla widok na niszczone przez wielkie potwory miasto

Godzilla to film katastroficzny, o czym przekona się każdy, kto poświęci chwilę na przesłuchanie soundtracka. Taką muzykę puszcza się w czasie tsunami, wybuchu wulkanu albo trzęsienia ziemi dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji. Odpowiada za nią Alexandre Desplat, który pracował przy tak wesołych filmach, jak Argo, Zero Dark Thirty, Idy Marcowe czy dwa ostatnie Harry Pottery, więc od tej strony nie mam filmowi nic do zarzucenia. Tym bardziej, że w odpowiednich momentach muzyka milknie, zostawiając widza jedynie z obrazem i pojedynczymi, zakłócającymi ciszę dźwiękami, które lepiej oddziałują na zmysły i budują napięcie od najlepszej orkiestry symfonicznej świata. Z kolei graficznie… Oh my. Wysokobudżetowa Godzilla wygląda po prostu wspaniale. Dokładnie jak japoński oryginał, tylko z lepszej jakości modelem i teksturami w zdecydowanie wyższej rozdzielczości. Jej ociężałe ruchy i charakterystyczny ryk warte są każdych wydanych na bilet pieniędzy, a gdy już dochodzi do rozwalania miasta, gdy niebo zasnuwają burzowe chmury, a w powietrzu unoszą się chmury pyłu, wtedy widać wyraźnie, że 160 milionów dolarów budżetu nie poszło na marne. Gdy zaś idzie o 3D, to prawdopodobnie było go niewiele, ale na tyle dobrze wkomponowanego w film, że wywoływało podświadomy zachwyt. Serio, to chyba drugi kinowy blockbuster po Grze Endera, w trakcie oglądania którego nie przeszkadzała mi dodatkowa para niewygodnych okularów i nie wyłapywałem kiepsko dodanej trójwymiarowości. Albo też jej tam wcale nie było, tylko niczego nie zauważyłem.

Czy iść do kina? Sam nie wiem. Film cierpi z powodu kilku poważnych wad, początek cholernie się dłuży, a wycięcie połowy obsady wyszłoby całości na dobre, ale sporo niedogodności wynagradza tytułowy potwór. Widać go za mało, ale kiedy już się pojawi, wtedy, o ironio, kradnie dla siebie cały film. Dotrwanie do tego momentu może niektórych znużyć, więc jak komu brak cierpliwości, to może niech lepiej zaczeka do wersji płytowej. Reszta powinna się dobrze bawić. Tak sądzę.

Na film można ponarzekać również tutaj.

PS: Dzisiejszy tytuł stworzony został według zasady „nie wiem, co tam napisać, więc wstawię pierwszą rzecz, jaka mi przyjdzie do głowy”.