Przejdź do zawartości

W nowych Gwiezdnych Wojnach chciałbym dostać…

Reading Time: 14 minutes

Że Epizod VII trafi do kin w przyszłym roku i ma skompletowaną obsadę zapewne wie już każdy, nawet jeśli ostatnie dwa lata spędził na ciemnej stronie Marsa. Na film nie czekam z jakimś olbrzymim entuzjazmem, bo ten zarezerwowany jest dla Guardians of the Galaxy i reszty ekranizacji komiksów Marvela, ale nie ukrywam, że ciekawią mnie efekty pracy J.J. Abramsa i spółki[1]. Plus mam od niedawna okazję oglądać animowane Wojny Klonów (te nowsze, stare dawno zaliczone) oraz odświeżyłem sobie serię (chyba) całkiem popularnych i celnych recenzji całej pierwszej trylogii[2] i w ciągu jednej niezbyt dobrze przespanej nocy zrozumiałem, czego od kolejnych Gwiezdnych Wojen i wszystkiego, co z nimi związane, oczekuję.

Expanded Universe z głową[3]

Ten i pozostałe fanowskie plakaty wzięłem stąd.

Potrafię zrozumieć chęć stworzenia przez Lucasa szerszego uniwersum, obudowanego wokół 3/6 głównych filmów, służącego zarabianiu coraz większych pieniędzy na zabawkach i licencjach. Potrafię zrozumieć zachwyty fanów nad ich Wspólnym Dobrem i wielotomowymi historiami bohaterów czwartego planu, z resztą kanonu mającymi wspólny jedynie tytuł i może jakieś nazwisko. Potrafię zrozumieć opowieści osadzane tysiące lat przed i po Imperium, nawet jeśli sięgamy po praprapraprawnuki Lei i Hana, a z racji zerowego postępu technologicznego wszystko wygląda, działa i smakuje dokładnie tak samo. Nie potrafię za to przejść obojętnie obok jakości, a przede wszystkim spójności tych wszystkich seriali, komiksów, książek i gier wideo, z łączną liczbą osób zamieszanych w ich produkcję na poziomie 1000+. Dlatego, że przez ostatnie dwadzieścia lat dowiedziałem się z nich, że:

  • Po długich i niebezpiecznych perypetiach Han Solo i Leia wreszcie się ożenili i spłodzili kilka dzieciaków.
  • Imperator miał tajną agentkę, Marę Jade, która ostatecznie została żoną Luke’a i matką jego dzieci.
  • Luke założył po wojnie nową Akademię Jedi, gdzie zebrał ładne grono uczniów i musiał użerać się z paroma silniejszymi Sithami. Uczniów dobierał poprzez test mocy, który polegał – o ile mnie pamięć nie myli – na pełnych skupienia ruchach dłonią w okolicach karku. „Wyczuwam w tobie duży potencjał” i takie tam. W przypadku Lei (albo może którejś jej córki) na moment go przyćmiło od nadmiaru Mocy.
  • Ledwo żywy Boba Fett wypełzł z jamy Sarlacca i dalej pracował jako łowca nagród.
  • W czasie wojny Imperium posiadało niemal niezniszczalny, superszybki, zdolny rozwalać słońca okręt, który rebelianci zajumali z tajnego ośrodka badawczego, po drodze eliminując minimum jednego imperialnego niszczyciela.
  • Rozkaz 66 przetrwało dużo więcej, niż dwóch Jedi. W trylogii Zahna pojawił się minimum jeden z wysokim power levelem, który spiknął się z Wielkim Moffem Tarkinem i wspólnie gnębili Nową Republikę. Z kolei w Jedi Academy, gdzie głównym bohaterem był Jedi z przypadku Kyle Katarn, typków z mieczami świetlnymi biło się na co drugim poziomie.
  • Vader posiadał tajnego ucznia, wywijającego mieczem świetlnym lepiej od Yody w jego najlepszych latach i zdolnego rzucać Niszczycielami Gwiezdnymi. A dokładniej to dwóch takich, oryginał i później klona, obu sympatyzujących z Rebelią. Zwał się Starkiller (ha ha ha…).
  • Jedi mogą skakać na wysokość setnego piętra, odbijać pociski z blasterów, przewidywać przyszłość, manipulować umysłami, rozwalać droidy gołymi pięściami, wykonywać akrobacje godne zawodowych cyrkowców z pięćdziesięcioletnim doświadczeniem, biegać 500 kilometrów na godzinę i robić masę innych rzeczy, które czynią z nich najbardziej OP klasę postaci ever.
  • Imperator posiadał kilkaset kopii swojego ciała, ukrytych w bliżej nieznanym mi miejscu na tak zwany wszelki wypadek. Na przykład śmierć z rąk młodego Skywalkera.
  • Imperium w czasie wojny budowało całkowicie overpowered okręt, Super Niszczyciel Gwiezdny Eclipse, z głównym superlaserem o mocy 2/3 Gwiazdy Śmierci. Z jego pokładu Imperator, któremu wcześniej udało się przeskoczyć do któregoś ze sklonowanych ciał, kontynuował walkę przeciw Rebelii. Znaczy Nowej Republice.
  • Yuuzhan Vong istnieją.

Część z tych przykładów ma sens, część wyciągnięto z tak głębokiego tyłka, że bez zestawu wspinaczkowego nie ma sensu się tam zapuszczać. I o ile potrafię zrozumieć, że za Starej Republiki Jedi to byli wymiatacze we wszystkim, a później ledwo miecze potrafili unieść, tak każda książka i komiks stwarzają ryzyko, że do tej pory budowana konstrukcja zacznie się chwiać pod lawiną niepotrzebnych nikomu szczegółów i niepasujących motywów. Zresztą Epizody I-III zrobiły tutaj swoje, wprowadzając związane z Mocą i całkowicie rujnujące ten wątek ustrojstwa na M, których nazwy tutaj nie przywołam przez szacunek dla czytelników, czy też motyw śmierci w czasie porodu w świecie, gdzie rannego starczy wsadzić do zbiornika z bliżej nieokreśloną cieczą, a po kilku dniach/tygodniach/miesiącach odzyska wszystkie hapeki. Ewentualnie przerobić go na coś na kształt androida, będzie wyglądał bardziej przerażająco. Wookiepedia zawiera ponad 110 tysięcy artykułów. Nie ma szans, by wszystkie zebrane tam informacje pasowały do siebie i dlatego cieszy mnie, że Disney zastosował metodę grubej kreski. Pomyślcie, przez jak wiele ciężkiego materiału musieliby przegryzać się scenarzyści, co by im potem fani nie wylewali wiader pomyj na łeb, bo w książkach postać X okazała się koniec końców leworęczna.

Jeśli kolejna trylogia ma być istotnym elementem nowej EU – a takowe na pewno powstanie, nawet jeśli Disney będzie początkowo stawał okoniem – to dobrze by było, gdyby ktoś uważniej przyglądał się jego rozwojowi. Wykluczał elementy bezsensowne, wspierał sensowne i chlastał po łapach autorów, którzy nie znają słówka „wystarczy”. Wspólne Dobro fanów i twórców brzmi bardzo górnolotnie i egalitarnie i w ogóle, ale skoro już posługujemy się daną marką, to niech będzie to konsekwentne. Ewentualnie niech od początku będzie jasne, że nowe EU posiada tak szerokie granice, jak komiksowy świat DC, gdzie obok obcych, magii i metaludzi występują greccy bogowie, strażnicy czasu i przestrzeni i światy alternatywne. Śmietnik, gdzie może znaleźć się wszystko. Dokładnie jak stare EU, tylko bez tego ważnego założenia, zapisanego w widocznym dla wszystkich miejscu.

Expanded Universe jako dodatek

W Epizodzie III jedną z ważniejszych postaci – o ile przyjmiemy, że pierwsza trylogia w ogóle posiadała postacie, miast obdarzonych imionami i stanowiskami kukiełek – jest generał Grievous. Wielki, astmatyczny cyborg, dowódca masowo produkowanych, beznadziejnie strzelających droidów bojowych, posiadający imponującą kolekcję mieczy świetlnych i niemałą wprawę w machaniu nimi. Co o nim dokładnie wiadomo? Praktycznie nic. Film zaczyna się w środku bitwy o Coruscant i aż do napisów końcowych nie ma zbyt wielkiej ochoty na udzielenie widzowi odpowiedzi na kilka istotnych pytań. Skąd ta prawie-że-maszyna się wzięła? Jak bardzo jest inteligentna? Dlaczego ma gadzie oczy? Czy istnieją inne, podobne? Jaka jest jej rola w konflikcie poza byciem generałem?

Tymczasem żeby się dowiedzieć, że hrabia Dooku[4] szkolił pół-maszynę w walce na miecze świetlne, że polowała ona na Jedi i ubiła przynajmniej kilkunastu, że jej konstrukcja jest złowrogo wyglądająca, ale zarazem zadziwiająco praktyczna (cztery łapki to tylko ułamek jej możliwości), zaś samo jej imię wywołuje uzasadnione przerażenie, musiałem obejrzeć animowany mini-serial. O istnieniu książek w tamtym czasie nie wiedziałem, nie zaglądałem również na Wookiepedię, gdzie biografia pana na G liczy mnóstwo literek, przypisów i ilustracji, łącznie z przekrojem głowy i mózgu generała. Z samego filmu zapamiętałem tyle, że android od czasu do czasu kaszle, ma problemy z wysławianiem się i powinien brać leki na uspokojenie. I lubi obszerne płaszcze. Jeśli stanowiąca dodatek dla kinowej historii animacja lepiej opisuje postać (a nawet postacie) z filmu niż sam film, to coś tu jest nie tak. I tak, wiem, mówimy o EU, mogłem – a nawet powinienem – sięgnąć po dodatkowy materiał, przeczytać dwie książki i szesnaście komiksów, obejrzeć wspomnianą mini-serię (którą obejrzeć może nie potrzeba, ale warto) i wtedy wszystko stanie się dla mnie jasne. Ale w takim razie dlaczego Avengers radziło sobie doskonale bez oglądania wcześniejszych filmów? O Kapitanie Ameryce wiedziałem przed seansem tyle, że oblałbym każdy test i co? I nic, zero problemów oraz kradnących radość oglądania wątpliwości. Ktoś by powiedział, że to z powodu prostoty fabuły, ale czy w takim razie pierwsza trylogia nie próbowała uchwycić zbyt wielu srok za ogon i lepiej sprawdziłaby się jako, dajmy na to, serial?

Chcę przez to powiedzieć, że skoro poszedłem do kina na którąś część cyklu i jeśli nie ominąłem poprzedników, to owa część powinna mi wystarczyć do zrozumienia, co się dzieje i dlaczego to takie fajne. Po to są numerki przy tytułach albo szczegółowe grafy, jeśli mówimy o animcach lub molochach pokroju Doktora Who. Inaczej będę się czuł jak w czasie bitwy na arenie w Ataku Klonów, gdy spośród wszystkich zebranych na miejscu Jedi rozpoznałem może ze trzech, Obi-Wana i kolegów. Jakieś spin-offy czy dodatkowe wyjaśnienia – jasne, czemu nie, ale jako bonus, materiał nieobowiązkowy. Jaki sens puszczać w świat trzy filmy, do pełnego zrozumienia których potrzebuję poświęcić X dodatkowych godzin na książki opisujące Federacją Handlową albo komiksy z hrabią Dooku w roli głównej? No chyba, że potraktujemy I-III jako wielki ukłon w stronę True Fanów, którzy obudzeni w środku nocy potrafią streścić najważniejsze fakty z biografii wszystkich zabójców nasłanych na Hana Solo, ale od tak znanej marki spodziewałbym się czegoś więcej. Albo też, ja wiem, wyraźnej informacji „przed obejrzeniem zapoznaj się z tym i tym, inaczej za czorta nie zrozumiesz filmu”? Dostosowałbym się, gdyby tylko ktoś zawczasu mnie uprzedził.

Dużo mniej CGI

Widok planów zdjęciowych do Epizodów I-III, składających się w większości z zielonych ścian nie jest smutny. Jest przygnębiający. Podobnie jak w przypadku Hobbita, jednak tamtejsza ekipa sensowniej podeszła do swojej pracy, że wspomnę tylko wczuwającego się w smoczą rolę Cumberbatcha. Albo Iron Mana, gdzie będąc w pancerzu Robert Downey Junior grał tylko do kamery i wyszło mu to znakomicie. Albo Władcę Pierścieni. Tymczasem gdy widzę kulisy kręcenia Mrocznego Widma dostrzegam ludzi nie wiedzących, co ze sobą zrobić. Grających w teatrze bez sceny i rekwizytów, z reżyserem siedzącym sobie wygodnie i popijającym kawkę, zerkając co chwila na jedną z kilku kamer i nie potrafiących sobie z tym faktem poradzić. Potakujących do każdej jego uwagi, ale robiących to mechanicznie, co by tylko się odczepił. A skoro nikt im nie powiedział, że właśnie stają twarzą w twarz z wielkim robotem i powinni jakoś zareagować – ewentualnie powiedział, tylko nie potrafili sobie tego odpowiednio zwizualizować – to stoją przez dziesięć sekund, jakby nic się nie stało albo zużyli wszystkie punkty akcji.

Rozumiem, że obecnie tworzenie filmów bez komputerów mija się z celem, że praktyczne efekty specjalne nie dają tylu możliwości, co ekipa grafików i dużo RAM-u, że mamy 2014 rok, że Avatar zarobił miliardy, więc idźmy wszyscy w 3D i w ogóle, ale trzeba znać umiar. Inaczej efekt będzie co prawda imponujący i cieszący oko, ale zarazem pusty, pozbawiony serca i emocji. Jak jeden z wielu odbitych od jednej sztancy filmów akcji albo komedii romantycznych, zjeżdżających z metaforycznej taśmy produkcyjnej dużej fabryki do ciężarówek i dalej do hurtowni. Jak towar i tylko towar. Co chyba tłumaczy, dlaczego operujący na komputerach Zimmer ze ścieżki na ścieżkę robi się coraz mniej wyrazisty. Zdaję sobie sprawę, że właśnie oskarżam Star Wars o bycie tylko filmami, a nie małymi dziełami sztuki, niemniej wciąż mówimy o Star Wars. To nie jest pierwsza z brzegu nazwa, ona zobowiązuje do trochę większych starań. Proszenie o minimum wartości artystycznej to chyba nie jest grzech ciężki?

Plus obecnie mamy do dyspozycji gwiezdnowojenną opowieść stworzoną od A do Z z pomocą komputerów. Zwie się The Clone Wars, liczy 121 odcinków i za jakiś czas otrzyma szósty sezon.

Mniej tektury

Ichabod twierdzi, że pierwsza trylogia była zbyt czysta. Owszem, była, ale nie tylko w znaczeniu braku rdzy czy śmieci. Autor zlinkowanej przeze mnie na wstępie recenzji słusznie zwrócił uwagę na fakt, że sterylność tknęła także postacie. Jedi nie mogą kochać, czort wie dlaczego. Padme nie może się z nikim wiązać, bo jest senatorem, też czort wie dlaczego. Palpatine albo dowolny inny polityk? Jeden jedyny ma żonę, reszta sprawia wrażenie wykastrowanych albo łykających od dzieciństwa brom. Zero seksu, zero emocji (zwróćcie uwagę na sceny dialogów, obojętnie, siedzonych czy chodzonych. Powiedzieć, że są drewniane byłoby obrazą dla lasu), zero ludzkich odruchów i najbardziej nieprawdopodobny wątek romansowy w historii kina[5]. To już epizodyczny Sebulba czy Watto mieli w sobie więcej życia. Ba, nawet powszechnie znienawidzony Jar-Jar! Świat bez kolorów jest światem nudnym, pozbawionym życia, naturalności, zaczepienia dla widza. Czymś dobrym dla filmów pokroju Equilibrium, gdzie emocjonalna pustka jest głównym motywem, ale nie historii upadku potężnego zakonu szlachetnych rycerzy, a w konsekwencji obejmującej tysiące światów Republiki.

Chciałbym, by trzecia trylogia była jak starsze The Clone Wars, gdzie Padme miała poczucie humoru, Anakin potrafił się śmiać, Kenobi wykazać inteligencją, a klony odrobiną charakteru. Gdzie niektórzy rycerze Jedi czerpali prawdziwą radość ze szlachtowania robotów, Grievous był groźny, a nie groteskowy, zaś pojedynki na miecze świetle mogły toczyć się nie tylko w obleganych miastach, ale również ruinach starych cywilizacji, podziemnych arenach albo wrakach gwiezdnych niszczycieli. Gdzie czuć było, że wojna daje się we znaki mieszkańcom galaktyki, nawet tym niebezpośrednio w nią zamieszanych. Chcę emocji, uczuć i ludzkich zachowań, nie tektury. Zdaję sobie przy tym sprawę, że proszę o niewiele, bo dobry scenariusz i grę aktorską, ale odnoszę niepokojące wrażenie, że dla niektórych może to być zbyt wiele.

Sensowny scenariusz

Jeden odcinek nowego The Clone Wars pokazał mi więcej Anakina, niż trzy filmy kinowe. Jedna scena przedstawiła mi jego stosunek do klonów jako takich, do podkomendnych, do obowiązków, podejmowania ryzyka, przełożonych w armii, mistrza. W starszej wersji serialu wystarczył jeden posiłek w okopach, bym zrozumiał, na czym polegała przyjaźń młodego Skywalkera i Obi-Wana oraz jedna misja na śnieżnej planecie, bym pojął, po jak mrocznej ścieżce wędruje przyszły Vader. Nawet romans z Padme nabrał życia i kolorków, chociaż – a może właśnie dlatego – że był niemal pozbawiony dialogów. Dlatego będę skakał z radości, jeśli pracujące przy animacjach osoby zostaną zatrudnione przy filmie. Albo jakiekolwiek inne, o ile podejdą sensownie do tematu.

Przy czym nie obstaję za powrotem na Tatooine i resztę obrzeży znanej galaktyki czy odejściem od polityki. Star Wars to nie tylko Hoth, kantyny na podejrzanych planetach, rebelianckie bazy czy działania zakulisowe, bo wszystkie bitwy, zasadzki i akcje na małą skalę miały olbrzymi wpływ na losy całego państwa. Ruchy motyla wywołujące huragany i takie tam. Budowa Nowej Republiki to wyzwanie związane z odbudowywane planety, docieranie się sojuszników, walką z resztkami Imperium i podobnymi drobiazgami, mogącymi stanowić fundamenty dla bardzo interesujących opowieści. Nie ma sensu ukrywać tego przed widzami. Jakieś pustynne zadupia również mogą być, ale jako część większej, dużo większej historii. Nie po to mamy pod ręką miliony potencjalnych światów, by trzymać się tylko rzadziej zaludnionych, bo tak było w Epizodach IV-VI, a I-III wywalamy do kosza, żeby zrobić przyjemność fanom. Nie będę miał nic przeciw zabawom w traktaty i polityczne machinacje, o ile ktoś będzie mi w stanie powiedzieć, kto z kim, jak i dlaczego.

Problemem pierwszej trylogii nie był senat galaktyki i intryga Palpatine’a. Problemem była niezrozumiała polityka i zbyt mglista intryga Palpatine’a, w której kulisach prawdopodobnie sam zainteresowany nie w pełni się orientował. Problemem było wprowadzenie armii klonów i późniejsze traktowanie jej jedynie jako tła, chociaż stanowiła jeden z ważniejszych elementów cholernej, rozdzierającej galaktykę na kawałki wojny. Problemem było mało wiarygodne kuszenie Anakina i przeciwnicy, walczący z Republiką, bo podpierający się dodatkowymi materiałami, a zapominający o widzu Lucas tak chciał. Problemem był przekombinowany zamach na Padme, mający zero sensu, gdy się spojrzy na niego trochę uważniej. Problemem była masa klocków, które nie chciały się złożyć w sensowną całość i brak wyjaśnień ze strony scenarzysty, a co za tym idzie i filmu. Coś się dzieje, ale dlaczego? Cholera wie, podziwiajcie kolejną nawalankę na miecze świetlne. Bo przecież każdy chce je oglądać, prawda?

Sensowną akcję

Lubię sceny akcji – pościgi, bitwy kosmiczne, mordobicia. Na strzelające do siebie kosmiczne pancerniki mogę patrzeć godzinami, zwłaszcza jeśli dane jest mi dowodzić jedną ze stron. Jednak oglądając film oczekuję, że coś będzie z tego wszystkiego wynikało. Że nawalanka nie będzie trwała pół godziny bez przerwy, że postacie po drodze coś powiedzą, że bohater pokaże trochę charakteru, a nie tylko umiejętności strzeleckie albo ich brak. Że nie zasnę przy trzydziestym wybuchu, bo mniej więcej tyle emocji będę wtedy odczuwać. Jak napisać scenariusz filmowy radzi, by nie przeginać, bo nadmiar pięściarskich i kaskaderskich wyczynów jest na dłuższą metę męczący. Zwłaszcza, jeśli niczego nie dorzuca do fabuły albo konstrukcji świata. Miło się oglądało, ale to wszystko, jak pojedynek Anakina i Obiego w Zemście Sithów czy całą sekwencję bitewną z Ataku Klonów, co w filmach zapewniających, że posiadają złożone historie jest proszeniem się o kłopoty.

Przykład pozytywny? Wykonanie rozkazu 66. Kilka scen przedstawiających różne planety, a co za tym idzie pola bitew, bliższe spojrzenie na uzbrojenie wojsk Republiki oraz zróżnicowanie wśród Jedi. Całość jest w sam raz długa, nie przynudza i przekazuje prostą informację – Palpatine pozbywa się zagrożenia ze strony Zakonu. Jakby wzięto ją z innego filmu, gdzie nie pokazuje się już walk Jedi z oddziałami droidów bojowych, gdyż i tak wiadomo, kto i jak niewielkim wysiłkiem wygra, więc po co? Albo walka Mace Windu kontra Palpatine, na tle wielu innych zdecydowanie krótsza i jakaś taka bardziej żywa, co biorąc pod uwagę resztę pierwszej trylogii wcale nie było takie trudne do osiągnięcia.

Tak przy okazji – nie oglądałem najnowszych dwóch Star Treków, ale doszły mnie słuchy, że J.J. Abrams zrobił z nich typowe akcyjniaki SF. Trzymam kciuki, by Star Wars nie spotkał ten sam los.

PEGI-12 i wyżej

Może zabrzmi to kontrowersyjnie – chociaż wątpię – ale obie wersje Clone Wars, ze wskazaniem na nowszą, byłyby znacznie lepsze, gdyby ich targetem nie były dzieciaki. Bo są to bardzo zacne seriale, zwłaszcza drugi z odcinka na odcinek staje się coraz lepszy, ale slapstickowy niekiedy humor czy czerstwe dialogi zepsuły mi już niejedną scenę. Nie oczekuję krwi, wypruwanych flaków czy ucinanych głów, bo chaos wojny można pokazać bez niepokojących szczegółów, ale niech twórcy nie oglądają się głównie na najmłodszą widownię. Nie chcę kolejnej sceny bitewnej zepsutej przez Jar-Jar Binksa jadącego na lufie czołgu (bo i w ogóle nie chcę widzieć Jar-Jar Binksa, o ile nie osiągnie poziomu duetu C-3PO i R2-D2), bo to jak ponury thriller, gdzie w trakcie egzekucji w środku zimowego lasu w tle leci opening z My Little Pony[6]. Humor zresztą niech będzie, nawet powinien, ale odrobinę wyższych lotów, niż do tej pory dane mi było oglądać. Nie chcę również kolejnego dzieciaka grającego (grającego?) główną rolę.

Może wymagam zbyt wiele, ostatecznie młodsza widownia to olbrzymi rezerwuar rodzicielskiej gotówki, a Disney nie ma w zwyczaju robić filmów dla starszych widzów. Niemniej wystarczy, że firma nie będzie skupiała uwagi tylko an jednej grupie i pozwoli mi poczuć, że film przygotowany został również dla mnie. Nie proszę o wiele, mam nadzieję.

Po prostu dobry film

Żebym po wyjściu z kina mógł rzec „moc jest w nim silna” bez śladu sarkazmu w głosie. Żebym na myśl o kolejnej części poczuł ten sam dreszczyk podniecenia, co w przypadku ekranizacji komiksów Marvela. Wiem, że jak Disney chce, to potrafi.

Mózg nie chce podsunąć niczego więcej, więc z mojej strony to wszystko. Listę uzupełnić można również tutaj.

PS: Setna notka na blogu. Mejn Gott, to już?

 

Zie Przypisen:

[1] Wiecie że na 2015 zapowiedziano piąte Mission Impossible? Serio ktoś chce to jeszcze oglądać?

[2] Określenia „stara” i „nowa” tracą obecnie rację bytu, nie sądzicie? Znaczy jeśli, biorąc pod uwagę czas produkcji, Epizody IV-VI będą starą trylogią, a VII-IX nową, to jak określić I-III? Średnią? Środkową?

[3] Tak sobie myślę w kontekście niedawnej decyzji Disney’a – czy fakt, że, jak kiedyś już wspominałem, kanon Star Wars posiadał kilka poziomów ważności, czy jak inaczej by tego nie nazywać, nie stawia samej idei Expanded Universe jako spójnej całości pod znakiem zapytania? Bo stwierdzenie, że EU stało się w 99% fanfikiem ignoruje fakt, że część produktów sygnowanych logo Star Wars była nim dużo dużo wcześniej, nawet jeśli nie wszyscy zwrócili na to uwagę.

[4] Konia z rzędem temu, kto jest w stanie powiedzieć o nim coś więcej ponad to, że jest hrabią, ex-jedi i gra go Saruman.

[5] Zaryzykuję stwierdzeniem, że romans Zmierzchowy był bardziej prawdopodobny, ale że poziom tej rywalizacji leży gdzieś w okolicach jądra Ziemi, to metr różnicy nie jest żadną różnicą.

[6] Nie twierdzę, że nie da się zrobić tego dobrze, by zamiast śmiechu wywołać przerażenie, ale ilu reżyserów osiągnęło stosowny poziom wtajemniczenia w sztuce filmowej?