Przejdź do zawartości
Królowa Ostrzy wersja 2.0.

Warcraft w kosmosie

Czyli o najnowszej części Starcrafta i jego związkom ze strategicznymi prequelami WoW’a słów kilkaset.

Możecie się ze mną zgadzać albo nie, ale Starcraft nigdy nie był science fiction pełną gębą. Za dużo tu magicznej psioniki, mistycznej jedności i filozofii protossów, wielkich robotów i jeszcze większych robali. Jedynka miała sporo elementów gatunku, określanego przez niektórych jako „fantasy w kosmosie”, jednak nie przeginała i przynajmniej starała się je ubrać w esefowe ciuszki.

Tymczasem dwójka zdaje się zupełnie nie przejmować swoim przodkiem i idzie w kierunku wytyczonym przez Star Wars czy innego Wojennego Młota model 40K. Samo w sobie nie byłoby to złe, gdyby tylko gra tak bardzo nie odcinała się od swoich korzeni oraz gdyby przynajmniej próbowała opowiedzieć coś nowego, zamiast historyjki zapożyczonej od swojego nie tak dalekiego kuzyna.

Minister Cyfryzacji ostrzega: notka zawiera spoilery.

Królowa jest tylko jedna

Tym, co w nowej odsłonie Gwiezdnego Rzemiosła podobało mi się najbardziej, była bez wątpienia postać Kerrigan. Napędzana pragnieniem zemsty na Mengsku, głęboko zakochana w Raynorze, zmuszona do objęcia kontroli nad Rojem tuż po tym, jak publicznie ogłoszono śmierć jej ukochanego z rąk żołnierzy Dominium, ostatecznie na powrót zasiada na tronie znienawidzonej przez siebie Królowej Ostrzy. Poświęca się dla osoby, która:

„Jako jedyna przez cały czas w nią wierzyła.”

Jak się potem okazuje całkiem niepotrzebnie, bo rzeczona osoba żyje i ma się w miarę dobrze. W ogóle moment, w którym Kerrigan poznaje prawdę o Raynorze, unaocznił mi, że Blizzard jak chce, to potrafi tworzyć dobre fabuły oraz zwroty akcji, bliższe jedynce niż wielkim hitom mejd baj Holyłud. Bo nie ukrywajmy, Wings of Liberty to film przeniesiony na ekrany komputerów i z dodanym gameplayem. Gdyby tylko zawsze się firmie chciało…

Kerrigan jest zresztą niezłym przykładem antybohatera, ale z zasadami. Rozdarta między swą ludzką i zergową naturą, z jednej strony nakazuje wymordować wszystkich pracowników stacji naukowej Dominium, z drugiej jednak pozwala uciec transportowi z rannymi żołnierzami. Oczyszcza planetę z protossów i infekuje ich okręt, ale robi to w obawie przed wykryciem i interwencją starszej rasy (plus częściowo z powodu zaszłości), a nie ślepej potrzeby destrukcji. Bierze to, czego chce, ustępuje tylko w wyjątkowych sytuacjach, a jeśli ktoś się jej przeciwstawia, to wymusza na nim swoją wolę.

Postać exducha uosabia również największą zmianę w stosunku do WoL, jaką jest powrót do ponurego, tragicznego klimatu pierwszego Starcrafta. Tego Starcrafta, gdzie protossi bez pytania oczyszczali planety z wszelkiego życia, gdzie na każdym kroku czekała zdrada, gdzie Raynor tracił wpierw ukochaną, a potem najlepszego przyjaciela, prastara rasa psioników dom, a Rój przywódcę. Gdzie w outrze do Brood War generał DuGalle przy dźwiękach opery wpierw żegna się z rodziną, a potem strzela sobie w łeb. Gdzie widać było postacie z krwi i kości, ich rozterki i dramaty, a nie grupę działających na kilku frontach kowbojów w kosmosie, których działania w pewnym momencie zaczynały tracić sens.

Może się to wydawać śmieszne, ale dramat Kerrigan, której zdarza się nawet załamać i zapłakać [1], gdy rzeczywistość zbytnio ją przygniecie, jest zdecydowanie bardziej autentyczny od problemów Raynora. Porzucona przez Mengska, przemieniona przez zergów, na powrót zmieniona w człowieka, mająca przebłyski wspomnień z czasów, gdy samodzielnie kierowała Rojem, musi mierzyć się ze swoją przeszłością i milionami ofiar działań swojej groźniejszej połowy. Bo wbrew temu komiksowi Królowa Ostrzy i Kerrigan to dwie różne istoty (prawdopodobnie. Głębsza analiza [2] wyjaśnia, że sprawa jest bardziej skomplikowana), co zresztą tłumaczy, dlaczego Raynor chciał swoją dziewczynę ratować. Przecież on przez cały czas wierzył, że jego ukochana gdzieś tam jest, schowana pod odrażającą, zergowską skorupą. Patrz zresztą ukryty przekaz z pierwszego Starcrafta, gdzie Kerrigan prosi Jima o pomoc (jak ktoś znajdzie, to niech da znać. Mi się nie udało).

Żeby było ciekawiej, w grze pada (czemu towarzyszyło moje bezbrzeżne zdumienie) imię Fenixa, kiedy to Raynor ochrzania na powrót przemienioną w Królową Ostrzy Kerrigan za fakt powrotu do tak znienawidzonej przez niego formy. Ale on nie gniewa się na nią, tylko na Królową Ostrzy, sprawczynię wielu nieszczęść sektoru Koprulu. Jest to bardzo istotne rozróżnienie, bez którego fabuła dwójki traci sens i które trzeba po prostu zaakceptować. Inaczej się tylko człowiek zirytuje na myśl, jaki to w WoLu Raynor jest niekonsekwentny i zmienny niczym chorągiewka na wietrze.

Ale jej dwór nie gorszy

Abathur. Badacz. Odkrywca. Twórca Królowej Ostrzy. Poszukiwacz doskonałości.

W porównaniu do Wings of Liberty, postacie w Heart of the Swarm wypadają znacznie lepiej. Jestem pod wrażeniem, jak ciekawie można było skonstruować osobowości pozbawionych znacznej części samodzielności i wolnej woli, wielkich, nastawiony na ekspansję i samodoskonalenie się robali z kosmosu. Jedynie Matt Horner, kapitan Hyperiona w duecie z szefową piratów Mirą Han biją doradców Kerrigan na głowę. Bo nie wiem, czy wiecie, ale tak jak WoL miał minikampanię protossów, tak HotS oferuje misję dla terran. Jedną, ale za to jaką! Z interesującą mechaniką (gryzącą się z lore, ale Blizzard zawsze przedkładał fun z gry nad spójność swoich światów), ciekawymi celami dodatkowymi, przede wszystkim zaś genialnymi dialogami. Żałowałem i wciąż żałuję, że było tego wszystkiego tak mało, bowiem wymiany zdań między Mattem i Mirą mógłbym słuchać godzinami. Tym bardziej szkoda, że istotne dla tego wątku informacje znajdują się nie w grze, ale w książce.

Jeśli ktoś z czytających ma zamiar stworzyć cokolwiek z fabułą, niech zrozumie i dobrze zapamięta, że taka fabuła ma być spójna w obrębie tego utworu. Jeśli gram w trzecią z kolei grę, to owszem, może być niezbędna wiedza o wydarzenia z poprzedników. Ale kategorycznie nie zgadzam się na to konieczność sięgnięcia po komiks, książkę oraz trzy sezony serialu, co by zrozumieć wymyśloną przez ciebie historię. Tamte dodatki mogą wyjaśniać i rozwijać wątki poboczne, ledwo wspomniane i dla głównego dzieła nieistotne. Jeśli dla skojarzenia co ciekawszych rzeczy z gry jestem zmuszony do kupienia jeszcze czegoś (albo przeczytania stosownej Wikii), to coś jest nie tak.

Ale wracając do tematu. Zergowi bohaterowie to całkiem interesująca grupka, począwszy od Brood Mother Zagary, dla której Kerrigan to nie tylko królowa, ale i nauczycielka, a skończywszy na Abathurze, poszukującym perfekcji w stworzeniu inżynierze Roju. Co prawda można się zżymać, że nagle, całkiem bezsensownie wrócony Stukov pasuje do tego wszystkiego jak róża do kożucha, ale broni się charakterem oraz tekstami, więc wychodzi na zero z lekkim wychyleniem w stronę plusów. W ogóle fakt, że zergowie mają imiona i ulegające zmianom charaktery może być źle przyjęty przez fanów serii, ale pragnę przypomnieć, że Cerebranci (krzywe tłumaczenie, wiem) oraz sam Overmind nie byli li tylko szeregowymi potworami z -ing albo -isk w nazwie. Nazwałbym to rozwinięciem starych wątków.

Wśród doradców Kerrigan znajduje się również Dehaka, pierwotny zerg z Zerusa, posiadający samodzielność i wolną wolę stwór z zarąbistą kozią bródką. Jego obecność wprowadza całkiem interesujący, chociaż oparty na retconie zabieg z podziałem zergów na wersję starszą, niezależną i w wielu miejscach doskonalszą oraz młodszą, rządzoną przez Overminda. Gdyby tylko z tego równania wywalić artefakt, proroctwa, Zeratula czerpiącego swoje informacje nie wiadomo skąd, Amona i tym podobne elementy…

Warcraft w kosmosie

Jedna z najlepszych, najbardziej klimatycznych misji w grze. Ale konkurencja nie gorsza.

No właśnie, Warcraft. Antyczni, martwi i przepotężni bogowie (Xel’Naga jako badacze? Kto by o tym pamiętał…), proroctwa, Głosy z Ciemności, zło zrodzone w Pustce i tak dalej i dalej. Rzeczy, których nie było w jedynce, a które nagle pojawiły się w dwójce, wywracając sporą część starego fluffu do góry nogami i zmuszając do zastanowienia się, co się nagle stało z tekstami fabularnymi z instrukcji do pierwszej części. Bo oto zergowie nie są rasą poszukującą doskonałości, tworami Xel’Naga. To biedni niewolnicy Amona, istoty złej bo tak, szykującej hekatombę galaktyki w imię niejasnych pobudek, a Kerrigan to wybraniec, mający uratować kosmos przed zagładą. Swo’bu… Zapewne w ostatniej misji Legacy of the Void trzy rasy staną do walki przeciw hybrydom w epickim boju w obronie Kryształu Galaktyki czy czegoś podobnego.

Do momentu powrotu wątku proroctwa i całej reszty tej mistyczno-antyczno-katastrofalnych bzdur, które tak bardzo obrzydziły mi WoLa, fabuła była niezła. Z dziurami i brakiem sensu tu i tam oraz pokazywaniem środkowego palca kanonowi (nie rozwijaniem starych wątków. Na to bym w żaden sposób nie sarkał), ale w czasie rozgrywki zjadliwa. Potem też, bo warcraftowe wstawki wystawiały swój orczy łeb stosunkowo rzadko. Jednak kiedy się już pojawiały, to wywoływały jedynie ból zębów i ironiczny uśmieszek, bo czułem się, jakbym grał w kiepskie fantasy, oparte na ogranych do bólu motywach (czyli w zasadzie Warcrafcie, gdyby tylko okroić jego fabułę ze wszystkich fajniejszych motywów). Do tego czasami pojawiały się dialogi w stylu:

– To koniec.

– Nie. To dopiero początek. 

Nagrody za najlepszy scenariusz, zwłaszcza biorąc pod uwagę jakościową przepaść między dwójką a jedynką, HotS dostać raczej nie powinien. A szkoda, bo jest tutaj wiele naprawdę świetnych momentów, dynamicznych scen akcji i zapadających w pamięć misji (infekowanie okrętu protossów, poezja!). Główny wątek jest bardziej zrozumiały i lepiej zapodany niż w WoL (zjednocz Rój, by zemścić się na Mengsku. Simple as that), zwroty akcji poustawiane we właściwych miejscach, motywacje bohaterów akceptowalne. Znajdzie się nawet nieco chemii między Kerrigan i Raynorem, podanej w sposób banalnie prosty (i znów nieco bez sensu w stosunku do reszty fluffu), ale zjadliwy.

Serce Roju bije

Wnętrze lewiatana, żywego okrętu flagowego Kerrigan. Prawda, że ładne?

I to mocno. Ale tylko dla osób, które odpowiednio do gry podejdą. Można bowiem zignorować część fundamentalnych materiałów z jedynki i Brood War, przejść do porządku dziennego nad, wcześniej nieistniejącym, romansem Królowej Ostrzy i Kosmicznego Kowboja i zaakceptować wszystkie fantaziakowate wątki. W takim wypadku gra niemalże przechodzi się sama, a mózg chłonie kolejne sceny i świetne przerywniki filmowe, od razu przywodzące na myśl Avengers i inne napakowane efektami specjalnymi co lepsze blockbustery.

Jeśli jednak komuś nie jest obojętny nieco zbyt pretekstowy świat i daleko idące odstępstwa od jedynki, to… może lepiej niech po Heart of the Swarm nie sięga. Inaczej może się srodze zawieść i uznać, że Blizzard schował swoich dobrych scenarzystów gdzieś w bunkrze i udaje, że nigdy nie istnieli. Ja miałem to szczęście, że analizy plota zacząłem przeglądać dopiero po ukończeniu kampanii. Dzięki temu mogłem przymknąć oczy na nieścisłości oraz co bzdurniejsze wątki, które w innym wypadku z pewnością by mnie drażniły. Znaczy i tak czasem się irytowałem, ale na szczęście sporo wybojów ominąłem. Albo tak dobrze zamaskowane, albo nocne granie mi nie służy.

Niezależnie od obranej drogi warto zwrócić uwagę na fakt, że skończył się western w kosmosie. Gra wraca do poważniejszych spraw i problemów, podanych w zdecydowanie bardziej interesujący, niż miało to miejsce w WoL sposób. Pozostaje czekać na Legacy of the Void, z nadzieją, że może chociaż on nie będzie powielał najbardziej oklepanych motywów z Warcrafta. A jeśli już, to zrobi to we wgniatający w fotel sposób. Bo sztampa może być dobra, o ile się ją odpowiednio zaserwuje.

[1] Tak, wiem. Prawdziwie twarde bohaterki nie płaczą, nawet jak życie obedrze jest ze wszystkiego, co dla nich ważne i drogie, a kto myśli inaczej, ten seksista.

[2] Polecam poczytać. Dogłębna analiza fabuły HotSa na tle reszty serii i sporo celnie (oraz parę mniej celnie) wypunktowanych błędów scenariusza gry.

 

Imperialna inkwizycja twierdzi, że portrety Kerrigan oraz Abathura zostały wzięte ze Starcraftowej wikii, trzeci obrazek został podkradziony z serwisu gry-online, a czwarty z lazygamer.net.