Przejdź do zawartości
Garden of Zen autorstwa frankhong.

Wiosenne porządki

Na półce nad monitorem przyczaiły się moje stare dyski twarde. Cztery pudełka o różnych rozmiarach i pojemności, przechowywane z myślą, że być może pewnego pięknego dnia naprawię te uszkodzone, do sprawnych dokupię kable, podłącze je wszystkie do kompa i ruszę w nostalgiczną podróż wśród starych tekstów, kopii rozmów z gadu-gadu i zapisów z nigdy niedokończonych gier. Dnia, który nigdy nie nadejdzie, ponieważ w przypływie natchnienia wyrzuciłem je wszystkie.

Wielka czystka

Na dyskach moje natchnienie jednak nie poprzestało. Ofiarami jego nagłego ożywienia padła również lista „do przesłuchania na później” na Spotifaju, wszystkie spisy filmów i seriali do obejrzenia kiedyś tam, większość szkiców wpisów, nie ważne, jedno czy stuzdaniowych, konto na Pockecie z ponad trzystoma linkami, strony zapisane w zakładkach przeglądarki i wiele, wiele więcej. Archiwum z czasów współpracy z jakimś serwisem, dawno nieużywane PDFy czy niesłuchana od wieków muzyka – nieistotne, do kosza.

Może się to wydawać błahe i w gruncie rzeczy jest, jednak dla osób mego pokroju, nieślubnych dzieci chomików i srok, wyrzucenie czegokolwiek istotniejszego od paragonu stanowi wyzwanie. Bo a nuż się kiedyś przyda albo będę chciał do tego wrócić? W efekcie masa kandydatów na bliskie spotkanie z koszem ląduje w piwnicy albo na dnie szafy, gdzie w zapomnieniu może spędzić nawet dekadę. Dlatego jeśli pewnego dnia stwierdzam, że czas zabrać się za generalny remanent, to dobrze jest zerknąć za okno w poszukiwaniu krwawego deszczu i anielskich legionów spuszczających bęcki Szatanowi.

Efekty działań natchnienia były spektakularne, ale uporządkowane. Pozbyło się bowiem jedynie tych rzeczy, z którymi związane było jedno słowo – kiedyś. Kiedyś do tego wrócę, sprawdzę, dokończę, poprawię. Kiedyś to przeczytam, obejrzę, przesłucham, uporządkuję. Kiedyś, czyli w praktyce nigdy.

Roku pańskiego 3211

Nie oszukujmy się, kupki wstydu czy listy do ogarnięcia w terminie nieokreślonym w większości przypadków istnieją tylko po to, by torturować nas swoją obecnością. Codziennie przypominać o istnieniu setek gier, seriali czy komiksów, które chciałoby się kiedyś poznać, ale nie ma czasu, miejsca, środków, wiedzy czy nastroju. Są jak półki pełne hurtowo nakupowanych i nieprzeczytanych książek, tylko o drastycznie niższej wartości. Wyjątkowo niebezpieczne dla ludzi mojego pokroju, niepotrafiących żyć bez kalendarza, skrupulatnie notujących obejrzane odcinki seriali i regularnie żyjących w panicznym strachu przed ominięciem czegokolwiek, co może być uznane za ciekawe albo wartościowe, w mowie anglosaskiej znanym jako FOMO.

Wiem, że to głupie, ale myśl o tym, że po dziś dzień nie obejrzałem Star Treka – od pierwszego odcinka do Wrath of Khan, bo jeśli coś poznawać, to w całości – napełnia me serce negatywnymi emocjami. Boję się, że przegapiłem coś dobrego, że omijają mnie dyskusje i nawiązania w innych dziełach (pop)kultury, że nerdowska strona mnie jest bez tego niekompletna, pozbawiona istotnej składowej. Ryzyko, że zostanę wykluczony z dyskusji o, dajmy na to, The Big Bang Theory, bo wszyscy widzieli, a ja znam jedynie kilka cytatów, sprawiło, że skrupulatnie notowałem sobie konieczność przeczytania Fundacji Asimova, zagrania w Ocarina of Time, przesłuchania od A do Z całej dyskografii Davida Bowie czy obejrzenia Neon Genesis Evangelion. Żebym nie zapomniał o ich istnieniu i pewnego dnia znalazł na nie czas. Bo trzeba, muszę, wypadałoby, „ale jak możesz tego nie znać?”. Z ludźmi proszącymi o wpisy na konkretne tematy to (względnie) działa, więc powinno również dla wynotowanych filmów i książek.

Tylko że wszyscy wiemy, że to wierutna bzdura. Czas znajdzie się dla jednej, góra dwóch pozycji na sto. Najlepiej krótszych albo na tyle zajmujących, by pamięć wyparła istnienie konkurencji. Na więcej nie starczy zasobów, z miejscem w harmonogramie na czele. Tymczasem lista będzie rosła z każdym dniem, karmiona przez polecanki od znajomych, recenzje, nagłe przebłyski pamięci, ciekawość czy fakt, że cała (pop)kultura jest ze sobą powiązana. Jeden obejrzany film często pociąga za sobą obejrzenie dwóch kolejnych, ponieważ główny aktor ten sam, reżyser ten sam, pierwszy film to sequel, drugi reboot, a bez obu nie zrozumiem trzeciego, co ma wyjść za dwa lata. Książki? Fragmenty większego cyklu, po 10+ tomów plus spin-offy każda. Muzyka? Na jednym krążku kapela nie poprzestała. Seria komiksowa? Strach liczyć ile ma numerów.

Co gorsza, nawet jeśli dokonać niemożliwego i skupić się tylko na jednym medium, to i tak do końca życia nie uda się poznać nawet procenta jego zawartości. Nawet odcinając się od wszystkiego stworzonego do tej pory, gdyż każdego dnia ludzkość produkuje więcej literatury, muzyki i gier, niż jednostka jest w stanie skonsumować bez uczucia niestrawności. Dla przykładu tylko w styczniu 2015 roku wydano 37 gier wideo, a im dalej w las, tym gorzej. Poza tym gdzie w takim nawale rozrywki znaleźć czas na newsy, trailery, nowości z blogów i ulubionych serwisów, czy wreszcie tak pospolite czynności jak jedzenie, praca i sen?

Spalona ziemia

Porządków dokonałem, gdyż wreszcie w pełni dotarł do mnie smutny fakt – zawsze będę miał jakieś zaległości. Przez Feedly, subskrypcje na YouTube, feed twittera albo facebooka, kinowe nowości czy Humble Bundle. Wieczór zamknę obejrzeniem wszystkich zaległych filmików z Tuby, a rano obudzę się z trzema nowymi w powiadomieniach. Wieczna pogoń za króliczkiem, każdego dnia od nowa, ciągnąca się tak długo, że obaj mamy jej już dość. Dodajcie do tego pracę w branży, gdzie w pół roku wszystko może zostać wywrócone do góry nogami i albo codziennie uczysz się czegoś nowego i trzymasz tempo, albo cię nie ma. To wywołuje silną presję, silna presja wywołuje silny stres i zanim się zorientuję zejdę na zawał przed trzydziestką. Albo raz a dobrze odetnę od tego wszystkiego, co jest równie niezdrowe jak przesadne przejmowanie się.

Do sprzątania podszedłem dość rygorystycznie, zgodnie z regułą „żadnej litości, żadnych jeńców, wszystko spalić i solą posypać”. Ostało się kilku niedobitków, przez przeoczenie albo chwilę zawahania, ale nie traktuję ich jak cudownie ocalałych, tylko więźniów celi śmierci czekających na egzekucję. Przez cały czas ani nie miałem wątpliwości, ani nie naszła mnie ochota na odłożenie całej sprawy na przysłowiowe jutro i w efekcie zapomnieniu o niej. I dobrze, bo dawno nie czułem się tak zrelaksowany, jakbym wreszcie spłacił ostatnią ratę czterdziestoletniego kredytu. Nie lubię spraw niedokończonych albo zaplanowanych na nieokreśloną przyszłość i nic mnie tak nie cieszy, jak skreślanie pozycji z list todo albo kalendarza. Usuwanie tychże list w formie takiej albo innej – spis filmów do obejrzenia traktuję jako ich mutację – działa z grubsza tak samo. Sprawa rozwiązana albo anulowana, koniec końców jej nie ma. W większości przypadków mnie to za jedno.

Efektem wielkiego sprzątania była również zmiana nastawienia. „Zaległości” w większości przypadków nie muszą być nadrabiane natychmiast, więc nie zaszkodzi im trochę poleżeć. Jak nie wezmę się za nie dziś, to jutro, a jak nie jutro, to za tydzień albo dwa. Minął miesiąc a link ciągle wisi w feedly? Pewnie i tak bym się nie zapoznał, więc do kasacji. Może w ten sposób stracę coś interesującego, ale mówi się trudno. Na świecie jest masa interesujących rzeczy i za mało życia, by poznać je wszystkie. Dlatego będę brał, co akurat wpadnie mi w ręce, a jeśli już dojdzie do planowania, to bardzo ograniczonego. Myślę, że to znacznie zdrowsze podejście od wiecznego przejmowania się i uciszania sumienia listami na później, czyli nigdy.