Przejdź do zawartości

Z fotela na kanapę

Reading Time: 5 minutes

Czyli jak Bober oswajał się z Xboxem.

Tak się złożyło, że przed paroma miesiącami zawarłem z serwisem Gry-Online na nieregularną wymianę towarów i usług. Ja im poradniki do gier, a oni mi materiały do tychże poradników i grosiwo. Na początek było prosto, bo dostawałem do obrobienia pecetowe przygodówki, takie jak najnowsza Amnezja, aż tu nagle bum, czwarty Assassin’s Creed do wzięcia, wersja na stacjonarkę. Jako świeżak w asasyńskich klimatach z radością zacierałem łapki na myśl o wędrowaniu po Karaibach panem w stylowym kapturze i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że premiera wersji na pieca opóźniła się o miesiąc, co w branży jest okresem niemalże równym wieczności. Zwłaszcza dla firmy sprzedającej ludziom poradniki do gier, czyli produkt traktowany przez 95% klientów jako posiadający krótki termin przydatności do spożycia. Dlatego kilka tygodni temu spytano mnie, weterana blaszanej skrzynki, który ostatni raz macał konsolę (Pegasusa, legendę) za czasów wczesnej podstawówki, czy nie miałbym skąd załatwić Xboxa trzysta i sześćdziesiąt.

Skrzynki, kable i inne pyszności

Droga, którą przeszedł biały kloc made by Microsoft, zanim trafił w moje ręce, była dość długa i wyboista. Nie dlatego, że nie posiadam znajomego zaopatrzonego w to cudo nowoczesnej technologii, bo posiadam. Gorzej, że owe cudo na początku wymagało naprawy, gdyż, jak pewnie nie wszyscy wiedzą, starsza wersja pudła z jedną niewiadomą jest produktem dość awaryjnym i bywa tak, że jak raz padnie, to i resetowanie w nieskończoność nie pomoże. Wcześniejszy pożyczający miał sprzęt oddać do serwisu, ale nie oddał, co wyszło na jaw po jakimś tygodniu z dużym hakiem, potem było dłuższe czekanie na odpowiedź serwisanta i inne wyboje, rozpisane na mniej więcej miesiąc czasu. Ale koniec końców udało się, kloc trafił do mnie, Gears of War na nim śmigało jak trzeba, ergo wszystko działało. Zostało czekać na Asasyna, który zawitał do mnie dzięki uczynności niezwykle punktualnego kuriera. Ale nie był sam. Znaczy Asasyn. Kurier w sumie też nie.

Dwa akapity wyżej napisałem o poradniku, a w takowym przydałoby się umieścić trochę screenów. Jakieś mapki, sekrety i takie tam pierdoły, co by ułatwić życie szarym zjadaczom DVD-ków. Tylko jak, skoro schodząca ze sceny generacja konsol nie posiada takiej możliwości, a cykanie fot aparatem nie wchodziło w grę? Ano z pomocą magicznego pudełka. Magiczne pudełko, czarne jak samo piekło, od firmy z dziwnie niemieckobrzmiącą nazwą, co już samo w sobie jest niepokojące, służy do robienia screenshotów oraz nagrywania filmików, robiąc jako kabelkowy pośrednik między konsolą i telewizorem. Oraz komputerem, co uznaję za kolejny dowód na wyższość pieca nad dowolnym produktem firmy Sony czy Microsoft. Wyobraźcie sobie zaawansowaną technologicznie konstrukcję, gdzie Xbox podpięty jest do magicznego pudełka, magiczne pudełko do telewizora i to samo magiczne pudełko do laptopa z zainstalowanym odpowiednim oprogramowaniem. Jestę inżynierę informatykę. Tu warto dodać, że obrazków nie można robić zdalnie, z pomocą pilota czy czegoś tam, więc siedziałem sobie przed lapcokiem z padem w łapach, mordując templariuszy i wyczekując momentu, by wcisnąć magiczny klawisz F2 i uchwycić Niezwykle Ważny Dla Poradnika Moment. Biorąc przy tym poprawkę na dwie sekundy opóźnienia, jakich wymaga dotarcie obrazu z telewizora do lapcoka. Inną opcją było nagrywanie filmu, co w przypadku godzinnego materiału w formacie mp4 wymagało około czterech i pół giga miejsca na twardzielu, co w efekcie zapchałoby mi dysk (Asasyn numero cztery to dłuuuuga gra). Opcją trzecią jest z kolei głaskanie pudełka po zamontowanym tam przycisku, jednak ze względu na złożoność kablowej konstrukcji nie wchodziła ona w grę.

Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że jako osoba nigdy nie grająca na Xboxie nie wiedziałem, że starszy model posiada odblokowywany tryb HD, możliwy do uzyskania po przełączeniu małego dzynksa na jednym z kabli. Na samym początku próbowałem podbić ustawienia graficzne konsoli, ale ta odmawiała, więc uznałem, że pewnie wstydzi się mojego telewizora czy coś. Oczywiście, że taka informacja jest do znalezienia w internecie albo u pożyczającego, ale jako osobnik czytający instrukcje jedynie w skrajnych przypadkach i po łebkach, zwyczajnie ominąłem ten niezwykle ważny szczegół. A szkoda, bo wysokojakościowe screeny w rozdzielczości 1934 na 1088 są zdecydowanie bardziej przydatne od tych o wielkości 720 na 528 pikseli.

Pierwsze, drugie i dalsze wrażenia

Pytacie o efekty czasowego przestawienia się ze stacjonarki na konsolę? Całkiem zabawne. Weźmy na ten przykład różnice w przygotowaniu do gry. Żadnego uruchamiania systemu, sprawdzania sterowników, ładowania trzydziestu aktualek do programów blokujących internetowe syfy, defragmentacji i innych pierdół. Płyta do napędu, pyk klawisz na padzie, włącz grę, wczytaj zapis. Dla osoby przyzwyczajonej do bardziej złożonych operacji jest to szokująca zmiana. Ok, ok, musiałem zaktualizować nieco oprogramowanie, bo gra groziła nieuruchomieniem się, a i Xbox Live coś kręcił nosem, gdy chciałem się na moment do niego zalogować, ale to wszystko. W sumie jedynym problemem było dziwnie długie doczytywanie się niektórych fragmentów gry (pierwsze przy zalogowaniu, drugie po użyciu opcji szybkiej podróży) oraz pięciusekundowe przerwy między desynchronizacją i powrotem do akcji. Znaczy może gdyby Edward mógł w czasie synchronizacji robić coś więcej, niż tylko iść albo biegać…

Wielce spodobał mi się również Xboxowy pad. Kto by pomyślał, że wystarczyło przesunąć lewego sticka odrobinę wyżej, by komfort grania wzrósł o dwieście procent (tak, przy grze na piecu korzystam z padów, ale bardziej peesowych w budowie), nawet jeśli kontroler zdaje się reagować alergicznie na nowe baterie i zdarza mu się rozłączać średnio co kwadrans, bo akurat jest wtorek i brzydko za oknem. Ale to drobiazg, bo największym mankamentem mojego na konsoli grania była konieczność podłączania tej całej uberkabelkowej konstrukcji przed każdą grą (bo zostawiona tak sobie wyglądała brzydko i zabierała za dużo miejsca) i fakt, że mam kanapę ustawioną pod kątem do telewizora, co dla mych przyzwyczajonych do stojącego wprost przed nimi monitora oczu było lekkim szokiem. Przynajmniej przez pierwszy dzień, bo potem poszło z górki. Nie, przemeblowania nie wchodziły w grę, nawet jeśli efekt miał przetrwać tylko przez kilka dni. Jestem zwierzak statyczny, lubię raz ustanowiony porządek. Znaczy póki mnie nie zmęczy albo nie zdenerwuje.

Efekty eksperymentu

Sztuk kilka, wszystkie pozytywne. Przede wszystkim, chyba kupię nowego pada dla pieca. Xboxowego, bo okazał się zdecydowanie wygodniejszy od konkurencyjnych, zwłaszcza w wersji bezkabelkowej (możliwość odpalenia konsoli za pośrednictwem kontrolera – feel like a boss). Być może także i konsolę, o ile kolejna generacja będzie bardziej user friendly, niż się do tej pory zapowiada. Na co są małe szanse, bo XBone prezentuje się jak dekoder z opcjonalnym odpalaniem gier, a Failstation 4 straszy mnie Błękitną Linią Śmierci.

Za to pewnikiem jest, że kupię resztę Asasynów, bo czwórka podbiła me serce. Znaczy pewnie za wyjątkiem jedynki, bo nie mam czasu na jazdy koniem po Bliskim Wschodzie, oraz trójki, bo Connor. I Liberation, bo Vita. No ale pozostałe trzy mają Ezio, ponoć najfajniejszego z Asasynów, więc i tak wychodzę na plus.

Chcesz mnie przekonać, że Xbox ssie i PlayStation górą? Może tutaj?

PS: Wpis na trzecią edycję KGB jest w zasadzie gotowy, ale muszę go jeszcze podszlifować.