Przejdź do zawartości

Zielona duchota

Poniższy tekst został napisany w ramach akcji Eksplorując nieznane Zaginionego Almanachu.

Zakładam, że jeśli w towarzystwie użyję słowa „postapokalipsa”, to skojarzenia większości osób skręcą w kierunku bombek w kształcie grzyba, urokliwych pustkowi i supermutantów. Ewentualnie zombiaków i garstek porozrzucanych po świecie ludzi, którzy nawet w obliczu całkowitej zagłady gatunku nie potrafią się ze sobą dogadać. Ciekawym, czy ktokolwiek pomyślałby o zalaniu lądów jak w Waterworld, ewentualnie podboju planety przez rośliny, jak w Cieplarni.

Rzecz dzieje się w odległej przyszłości, w której na wskutek aktywności słońca ludzie stracili dominującą pozycję na Ziemi, co wykorzystała flora. Po tysiącach lat zwierząt prawie nie ma, zaś całą dostępną przestrzeń lądową zajmują sięgające nieba i w większości niebezpieczne rośliny, twory zwierzętopodobne (na przykład królikowate zbudowane z liści) i owady, jak chociażby sięgające kilometra długości, zdolne do podróży kosmicznych pająki. Gdzieś wśród tych przyjemniaczków kręcą się również potomkowie ludzi, skarłowaciali i sprowadzeni do poziomu plemiennego. Zapomnijcie o nowoczesnej technice, zapomnijcie o narzędziach z metalu i podstawach państwowości. Tutaj najmocniejszą bronią jest służący za nóż kolec, zaś szczytem ochrony łupina orzecha narzucona na gołe ciało.

Brzmi ciekawie? Brzmi. Czy jest? Nie do końca. Kniga jest dość stara, pierwsze wydanie angielskie pochodzi z roku 1962, ale napisana w sposób, który mnie, czytelnika przyzwyczajonego do nieco innej konstrukcji opowieści, uwiera. Chodzi mi mianowicie o inne ustawienie priorytetów, o przedkładanie świata ponad bohaterów. Nie ma co ukrywać, postacie w powieści są niczym marionetki, rzucane głównie przez los z miejsca na miejsce, niczym parodia turystów, z pomocą których autor chce pokazać wspaniałości swojej wizji przyszłości. Uczucie, że rośliny są ważniejsze od ludzi towarzyszyło mi przez całą lekturę, zaś fakt trzykrotnej zmiany głównych bohaterów (wpierw grupa dorosłych i dzieci, potem same dzieci, potem para z tych dzieci) tylko mnie w tym odczuciu umacniało. Zresztą trudno o inne wrażenie, gdy długim opisom zmian na świecie i potęgi wegetacji towarzyszyły bardzo skromne zdania na temat potomków homo sapiens, więc jak inaczej miałem je odebrać?

Wydawałoby się, że takie potraktowanie sprawy skreśla powieść z listy „warto przeczytać”, ale jeśli przejdzie się do porządku dziennego nad ich nieciekawymi, irytującymi charakterami, niemal kompletnym brakiem inicjatywy z ich strony, zachowaniami, które na zdrowy rozum są po prostu bezsensowne (co robi się w niewielkiej, otoczonej przez śmiertelnie groźne rośliny grupie, gdy jej członek w czasie ratowania życia towarzyszy uderzy przywódczynię? Wypędza go, gdyż wiadomym jest, że w takiej sytuacji lepiej się rozdzielić) oraz sporą śmiertelnością (gorszą, niż w Pieśni Lodu i Ognia, tylko pogłębiającą wrażenie, że ludzie są tutaj jedynie marionetkami) i potraktuje Cieplarnię nie jako historię postaci, a świata (plus paru smaczków, których nie mogę zdradzić), wtedy książka nagle nabiera wartości (tak, kocham długie zdania ^^). Tym większej, gdy pojawiają się kolejne opisy morderczych roślin, efektów tysięcy lat ewolucji flory, walki między roślinami morskimi i ziemnymi, sposobów rozmnażania się, chwytania ofiar, zdobywania pokarmu. Nic, tylko wziąć notes i zapisywać co ciekawsze pomysły, by potem wykorzystać je w erpegowej kampanii (Młotek 40K albo Gasnące Słońca pasowałyby jak ulał), albo w opowiadaniu SF o kolonizacji niegościnnej planety.

Paradoksalnie, jak na historię ukazaną z perspektywy ludzi, najciekawsze okazują się istoty inteligentne ludźmi nie będące. Ot, choćby pasożytniczy, inteligentny grzyb smardz  z którym wiążę się chyba najciekawszy wątek książki  albo mocarmity, posiadające strukturę społeczną potomkowie mrówek, którzy, niestety, przez całą powieść nie wypowiedzą nawet jednego słowa. Na ich tle ludzkie plemiona prezentują się jako nijakie, wykastrowane ze wszystkiego, co mogłoby być interesujące. Chociaż może taki był cel? Ludzie w wiecznej podróży, stałym ruchu, odkrywający cuda zielonego świata. W takim wypadku cel udało się osiągnąć w pełni.

Słówko jeszcze na temat języka. O ile tłumaczenie brzmi nieźle, a tekst nie wywołuje uczucia senności, tak ciężko mi zaakceptować człowieka, który nie znając nawet podstaw obróbki kamienia czy uprawy roli korzysta z przysłowia o warzeniu piwa. Albo też jednego czy dwóch wezwań do bóstw, gdy kwestia religii została nakreślona gorzej, niż pobieżnie. Drobne wpadki, ale skutecznie wybijające z rytmu.

Tak więc jeśli ktoś się nie przejmuje zbyt często zabijanymi postaciami, zbyt szybkimi zmianami na pozycji głównego bohatera, a jego (i tylko jego, bo jest jeszcze chociażby smardz) przygody traktuje jako drugorzędne w stosunku do bogatych opisów ciekawego i na tle współczesnych dzieł oryginalnego świata, to Cieplarnia będzie trafnym wyborem. W innym wypadku nie zdziwię się, gdy książka wyląduje na półce z plakietką „bezsensowna”.

Chcesz pogadać o książce? Może tutaj?